20 lat w USA, trzy miesiące w obozie deportacyjnym Trumpa. Pani Ela od pół roku walczy z traumą

Nowa polityka imigracyjna USA zaskoczyła tysiące Polaków, którzy ułożyli sobie życie w Ameryce bez legalizacji pobytu. Wielu żyje dziś w strachu przed deportacjami, wielu znalazło się wśród tysięcy deportowanych. Niewielu mówi o tym, jak traumatyczne przeżycia wiążą się z przymusowym powrotem do kraju. 65-letnia Elżbieta Czyz przekonała się o tym na własnej skórze. Zatrzymanie przez agentów ICE i trzymiesięczny pobyt w ośrodku detencyjnym przypłaciła zdrowiem. Zdiagnozowano u niej ciężką traumę i zespół stresu pourazowego. - Wciąż w nocy potrafię się obudzić i krzyczeć wystraszona – mówi nam niemal pół roku po powrocie do Polski. Opowieść, którą podzieliła się z „Super Expressem” przeraża.

Naszywka ICE na mundurze funkcjonariusza. Na miniaturze uśmiechnięta pani Elżbieta. O traumie po deportacji na SE USA.
Autor: Elzbieta Czyz, ICE.gov/ Archiwum prywatne

Zaostrzenie polityki imigracyjnej przez Donalda Trumpa miało uderzyć w kryminalistów, jak myślało wielu tych, którzy uczciwie pracowali na spełnienie amerykańskiego snu, ignorując jednak potrzebę legalizacji swojego pobytu. Niestety kolejne łapanki ICE pokazały, że dla agentów Amerykańskiej Służby Celnej i Imigracyjnej liczy się każdy „nielegalny”. Wśród niemal 3 milionów osób, których wydaleniem chwalił się w styczniu Departament Bezpieczeństwa Krajowego (DHS), znalazła się Elżbieta Czyz. 65-latka, po ponad 20 latach spędzonych w USA w listopadzie została zatrzymana przez ICE. I do dziś jest pod opieką psychologa ze zdiagnozowanym zespołem stresu pourazowego.

Zatrzymanie w Święto Niepodległości, czyli początek końca

Agenci zabrali ją do aresztu prosto z ulicy w Chicago rankiem 11 listopada 2025 roku. Jak na ironię, w polskie Święto Niepodległości.

Wychodziłam do pracy, szłam do samochodu i postukali mnie po ramieniu. Obróciłam się i zobaczyłam, że to jest ICE

– opowiada w rozmowie z „Super Expressem” pani Ela.

Wsadzili mnie do samochodu, skuli jakimiś kajdankami ręce i wywieźli mnie na dwudziestą piątą

– dodaje, mając na myśli biuro ICE przy 25th Avenue w Broadview na przedmieściach Chicago. Trzymali ją tam całą dobę.

Spałam na betonowej podłodze, bez picia, bez jedzenia, bez niczego

– mówi i zaznacza, że był to dopiero początek koszmaru. Rano agenci ICE pobrali jej odciski palców i zrobili zdjęcia.

ZOBACZ: Zakaz aresztowań imigrantów w sądach! Agenci ICE już zdążyli go złamać

Założyli znów te kajdanki, jakieś łańcuchy na brzuch, na nogi. I w tym jeździłam dwa dni i dwie noce, bo mnie wozili w różne miejsca. Nie chciał mi nikt tego rozpiąć, mimo że płakałam. Byłam wykończona

– mówi pani Elżbieta. Finalnie została wsadzona do samolotu, którym przetransportowano ją do Teksasu. Tam czekał ją nowy koszmar.

Koszmar w ośrodku detencyjnym: „Jakby pani wodę gotowała w czajniku”

65-letnia Polka trafiła do ośrodka detencyjnego, który „przypominał obozowisko namiotowe na środku pustyni”.

Zrobili rewizję i pozabierali wszystko. Później po sześć osób zaprowadzili pod taki wrzący prysznic. Tak, jakby pani wodę gotowała w czajniku

– mówi, próbując opanować drżenie głosu. Kolejny szok – bielizna, którą dostała.

Bielizna była używana, ale uprana w chlorze. To było widać. Później dali jakieś ubranie i za duże buty. I znów było czekanie, cała noc na betonowej posadzce

– dodaje pani Ela. Następnego dnia, po wstępnych badaniach lekarskich Polka trafiła na salę.

Na sali było 60 kobiet. I tylko ja jedna biała. Tam była i toaleta i wszystko

– wspomina, przyznając, że była przerażona.

Noce były koszmarem. Spała na metalowym łóżku bez poduszki, w ubraniu, w którym chodziła za dnia. Strażniczki budziły ją w nocy m. in. po to, by literowała swoje nazwisko. Po tym, jak trzykrotnie dostała ataków paniki, trafiła do lekarza. - Dali jakąś tabletkę, zbili ciśnienie i to wszystko – opowiada.

Fałszywa nadzieja i piekło w Nowym Meksyku

Po miesiącu nadeszła nadzieja.

W Chicago znajomi załatwili mi adwokata, który wziął 10 000 dolarów. Sprawa miała być 17 grudnia, a 15 grudnia w nocy przyszedł ktoś i powiedział, że jadę do Chicago. Ja się oczywiście ucieszyłam, ale to było kłamstwo. Wsadzili mnie do jakiegoś autobusu, zakratowanego jak dla przestępców i wywieźli mnie do Nowego Meksyku

– mówi, wspominając tamte emocje.

I już w Nowym Meksyku miałam sprawę, ale ponieważ nie miałam żadnej rodziny w Chicago, sędzia odrzucił moją sprawę i powiedział, że nie mogę zostać w Ameryce. Adwokat jednak zapowiadał, że jeszcze będzie walczył

– dodaje pani Ela.

Ośrodek w Nowym Meksyku nie różnił się zbytnio od teksańskiego. Polka mówi wprost, że strażnicy, podobnie jak ci z Teksasu, stosowali wyrafinowane metody „znęcania się” nad osadzonymi.

W nocy budzili na jakieś badania, o 3.20 na przykład. Przychodziła strażniczka i szarpała mnie, że mam się ubrać, bo muszę iść do jakiegoś innego budynku, na przykład mocz oddać czy krew

opowiada. Wizyty lekarskie w końcu naprawdę okazały się konieczne.

Złapałam jakąś bakterię i byłam leczona silnymi antybiotykami. Na pusty żołądek praktycznie, bo to jedzenie nie nadawało się do niczego. Ja przeżyłam 65 lat na tym świecie, ale ja takiego jedzenia w życiu nie widziałam

– wspomina. – Ja schudłam 8 kg, z nikim nie rozmawiałam, bo nie znałam języka – dodaje. Wyjaśnia też, że mogła kontaktować się telefonicznie tylko z dwiema wskazanymi tuż po zatrzymaniu osobami, których numery podała.

Powrót do Polski z eskortą i w kajdankach

W Nowym Meksyku też przyszły ataki paniki.

Już nie wytrzymywałam, bo ja tam non-stop płakałam. Przyszli z tego ICE i powiedziałam im, że po prostu nie daję rady. Zapytali więc, czy chcę dobrowolnie opuścić Amerykę. Powiedziałam, że tak, bo dłużej nie wytrzymam. A kolejna moja sprawa miała być chyba za miesiąc

– opowiada Ela Czyz. Agenci wrócili po dwóch tygodniach z dokumentami. Gdy zdobyli podpis zapowiedzieli, że 65-latka wróci do domu, gdy zorganizują bilet. To zajęło kolejne dwa tygodnie.

Przewieźli mnie, znów w tych kajdankach z obstawą chyba sześciu osób z tego ICE, znów tym autobusem jak dla bandytów do Los Angeles. Tam siedziałam siedem godzin na lotnisku w jakieś dużej toalecie zamknięta. Bez jedzenia, bez picia, bez niczego

– mówi pani Ela. W końcu pod eskortą funkcjonariuszy ICE została wprowadzona do samolotu do Warszawy w towarzystwie czterech deportowanych Rosjan. Kilka godzin później na lotnisku w Warszawie straż graniczna oddała jej paszport i tak odzyskała wolność. Z lotniska odebrali ją znajomi, którzy zabrali ją do rodzinnego Wrocławia. Do dziś mieszka u przyjaciół, próbując odzyskać mieszkanie komunalne, z którego 20 lat wcześniej wyjechała do Ameryki.

Trauma po deportacji nie mija. „W nocy potrafię się obudzić i krzyczeć wystraszona”

Brak własnego kąta w Polsce nie jest dla Eli Czyz największym problemem, choć wiadomo, że nie chciałaby nadużyć gościnności przyjaciół. Znacznie bardziej martwi ją jej stan psychiczny.

Jestem w strasznym stanie. Cały czas jeżdżę do psychologa, do psychiatry, na okrągło jestem na lekach. Bo jeżeli nie wezmę tabletek, to bardzo się źle czuję i wszystko wraca

– mówi. Lekarze stwierdzili u niej zespół stresu pourazowego (PTSD) i ciężką traumę.

Boję się wyjść z domu gdzieś dalej. Cały czas gdzieś się za siebie jeszcze oglądam

– opowiada Polka.

Psycholog mówi, że potrzeba czasu. Ale to łatwo się mówi. A ja się w nocy potrafię obudzić i krzyczeć wystraszona, że mam gdzieś się już ubierać i gdzieś wyjść, bo przecież oni tam po nocach budzili, szarpali

– dodaje drżącym głosem 65-latka. Obawia się, że nigdy nie zapomni tych koszmarnych miesięcy.

To co ja przeżyłam w wieku 65 lat to nikomu nie życzę. Ja schorowana oprócz tego jestem. Jestem po operacji nerki. Mam astmę, silny artretyzm i teraz to wszystko mi jeszcze doszło

– wzdycha pani Ela.

Stres i choroby dokuczają, a tu trzeba działać. Organizować na nowo życie w Polsce. Amerykańscy znajomi pani Eli pomagają jej organizować transport jej rzeczy do Polski. W kontenerze przypłynęły jej ubrania, część mebli, osobiste drobiazgi. Z pieniędzmi, które miała na koncie w banku zejdzie się dłużej.

Muszę jechać jeszcze raz do ambasady. Muszę wziąć dwóch świadków, którzy potwierdzą, że ja to jestem ja. I ambasada musi wydać zaświadczenie, które razem z innymi papierami muszę wysłać do banku

– tłumaczy 65-latka. – Ale ja tam, powiem pani, wiele nie mam i się wiele nie spodziewam, bo ja żyłam na bieżąco. Ja wolałam tam nie odkładać, tylko gdzieś pojechać – dodaje pani Ela.

20 lat American Dream bez zielonej karty

Elżbieta Czyz do USA przyjechała, jak wielu Polaków, na wizę turystyczną.

Przyjechałam do znajomych, bo oni zaproszenie wysłali. To był 2005 rok. Przez chwilę sprzątała, ale to nie bardzo mi szło, więc zajęłam się opieką nad dziećmi. I w sumie tych dzieci pilnowałam przez ten cały czas

– opowiada 65-latka. Jak mówi, wychowała w Chicago pięcioro dzieci w wieku od trzech miesięcy do trzech lat. – Po trzech latkach te dzieci wszystkie poszły do przedszkola – tłumaczy. I zdradza, że każdą pracę miała z polecenia. – Nawet nie musiałam szukać, bo rodziny polecały mnie znajomym – dodaje. 

Wiza skończyła się po trzech miesiącach.

Może trzeba było się starać o tę zieloną kartę. Ale ja niestety się nie starałam. Nie wiem dlaczego. Myślałam chyba, że nie dostanę. Później myślałam, że może się wróci, jak zaczęłam chorować. Ale po operacji było dobrze, to człowiek tak został. Żyło się spokojnie i człowiek nie myślał

– przyznaje pani Ela. Nie ukrywa, że dobrze jej się żyło.

PRZECZYTAJ TEŻ: Trump zmienia zasady przyznawania zielonej karty. Trzeba wyjechać z USA, by złożyć wniosek

– mówi dziś, choć zaraz dodaje, że ani wspomnienia, ani zdjęcia jej nie cieszą.

Oglądam i zaczynam płakać. Po tym, co się stało… Ja miałam zamiar wracać do Polski, ale jeszcze to jedno dziecko miało roczek. Przyzwyczajona ta dziewczynka do mnie już była, to myślałam, że jeszcze dwa lata, żeby odchować i wrócę, bo już człowiek nie jest młody. I to wszystko miało wyglądać inaczej. A nie tak, jak się stało

– zdradza 65-latka.

Czysta kartoteka i jedno pytanie: „Dlaczego ja?”

Ela Czyz przyznaje, że po prostu wciąż nie może uwierzyć w to, co się stało.

Dlaczego inni chodzą, przestępcy, narkomani jacyś czy złodzieje? A dlaczego ja? Kiedy ja w ogóle nie byłam nigdy ani karana, ani zatrzymywana. Miałam czysty rekord. Tam przecież w Chicago w obronie mojej stawali i pisali, i konsul, i kongresmen, i wszyscy znajomi i ci, u których ja tam pracowałam. Więc ja miałam opinię bardzo dobrą

– zapewnia.

Pani Ela nie ma pojęcia, jak ICE wpadło na jej trop. Jak mówi, ze wszystkimi żyła dobrze. Nie wierzy więc, żeby ktoś na nią doniósł. Upewniła ją też w tym rozmowa z przyjaciółką.

Jej ciocia pracuje w immigration i poprosiłam, żeby zapytała czy ktoś mógł mnie tam podać. Odpowiedziała jej, że takich zgłoszeń i telefonów oni mają tysiąc dziennie. Nawet ich już nie odbierają. To, że płacą za takie zgłoszenie 3000 dolarów to też bzdura. I że opcji, że ktoś zadzwoniłby, nie ma co brać pod uwagę. Tym bardziej, że jeśli sprawdziliby rekord i ten był czysty, to nikt nie zawracałby sobie mną głowy

– relacjonuje nam Polka.

Co więc mogło się stać? Pani Ela miała też inną teorię. Pomyślała, że służby imigracyjne mogły wziąć ją na celownik po tym, jak w Arlington chciała odnowić miejskie ubezpieczenie, które przysługiwało jej jako seniorce.

Chodziłam tam co pół roku, ale gdy przyszłam dwa tygodnie przed tym zatrzymaniem, to nie było tam żywego ducha. Pan mi dał papiery do wypełnienia po angielsku, więc zapytałam czy mogę je zabrać ze sobą i z koleżanką wypełnić. On stwierdził, że to nic trudnego i że najwyżej przez tłumacza wypełnimy, żeby już szło. I widzi pani, ja to ubezpieczenie zawsze po trzech, czterech dniach dostawałam. A wtedy nie dostałam w ogóle. Podejrzewam, że może dostali jakiś prikaz, żeby na tych nielegalnych jednak dawać namiary. Nie wiem

– zastanawia się pani Ela. Zdaje sobie sprawę z tego, że być może nigdy się nie dowie.

Do USA droga została zamknięta.

Ktoś mi powiedział, że przez 10 lat nie mogę wjechać do Ameryki. Nie wiem, czy to jest prawda, ale ja pani powiem szczerze, że ja już nie chcę. Ja już tu chcę sobie zacząć żyć normalnie. Będę miała małą jakąś emeryturę, bo tutaj miałam tam trochę tej pracy, ale jakoś sobie muszę chcę poradzić, ale nie chcę wracać. Ja za dużo przeżyłam tam, żebym wróciła

– zdradza nasza rodaczka. Przyznaje też, że działania służb imigracyjnych są nie tylko przerażające, ale i niezrozumiałe. Przytacza historię znajomego, który miał biznes budowlany w Chicago, żonę, dzieci.

Miał zieloną kartę. Szedł do urzędu i przed urzędem go złapali, zamknęli i wywieźli na siedem miesięcy do Kentucky

– opowiada. Mówi też, że gdy dzwoni do znajomych do Chicago to wiele osób decyduje się na powrót do Polski.

Boją się, znają moją historię. Każdy mówi, że ja jestem jakimś ewidentnym numerem, bo ja to wszystko przeżyłam. Niejeden facet, by pewnie pękł po takich przeżyciach, prawda? Ale ja pani powiem, że ja płakałam w poduszkę, ja się modliłam i chodziłam na tę meksykańską mszę. I cały czas tylko „Panie Boże, jeżeli jesteś, to mnie zabierz stąd”. I tak codziennie. Codziennie

– zdradza Ela Czyz, próbując powstrzymać ściskające gardło emocje.