Zagra dla Polonii Chopina i Wieniawskiego. „Muzyka potrafi sprawić, że Polska jest naprawdę blisko”

Chicagowska Polonia będzie miała w listopadzie wyjątkową okazję spotkać się z cenioną polską pianistką Agnieszką Schulz-Brzyską. Artystka przy okazji Święta Niepodległości wystąpi na trzech koncertach, organizowanych z inicjatywy Małgorzaty Tys i Marty Stępniak z chicagowskiego oddziału Klubu Inteligencji Katolickiej. Agnieszka Schulz-Brzyska opowiedziała nam o planach na występy w Chicago, swojej drodze artystycznej i o zmianie w podejściu do muzyki klasycznej.

„Super Express”: – Jak przygotowuje się pani do koncertów dla chicagowskiej Polonii?

Agnieszka Schulz-Brzyska: – Między innymi pracujemy nad doborem programu. Wybór jest długotrwałym procesem. Dostosowany do okoliczności, do sali. Koncert nie kończy się na występie. Potem odsłuchuję, sprawdzam i robię korekty, żeby kolejny koncert stał na najwyższej poprzeczce. Czas przygotowań to żmudna praca. To jak ciasto. Mamy produkty, a moim zadaniem jest, aby je właściwie połączyć, poddać takiej obróbce, aby efekt był jak najbardziej odpowiadający naszym oczekiwaniom. Często stosuję porównanie do sprzątania domu – musimy to robić zawsze i nawet jak już jest czyściutko, a może właśnie wtedy, dostrzeżemy jeden okruszek czy plamkę. I tak samo jest w przygotowaniu utworu. Umiemy, na pamięć, wszystko jest idealne, ale spostrzegamy, że jeszcze można jakiś niuans, detal zmienić, który nada głębi kompozycji, inaczej przemówi do odbiorcy. Zatem wszechstronna praca. To, że umiemy na pamięć, to jest oczywiście wiele, ale nie wszystko. Trzeba trenować nie tylko mięśnie, jak w sporcie, ale zapamiętywać każdy detal. Mózg wysyła impulsy, ale każdy dźwięk musi być zakodowany, nie tylko którym palcem, ale z jakim impetem, siłą czy delikatnością. Przychodzi czas koncertu i wtedy … są nerwy. Stres zawsze towarzyszy wykonawcy, ale uczymy się z nim żyć. To właśnie wtedy wszystko nam przeszkadza. To, co nie bolało, zaczyna boleć, odczuwamy dolegliwości. Głowa, brzuch, mokre lub zimne ręce, serce bijące niczym basy na dyskotece. Ale jest to normalna reakcja organizmu na przygotowanie do wysiłku. Dlatego tak ważne jest ćwiczenie. Systematyczne, czy zaraz jest koncert, czy jest w odleglejszych planach. Jeśli chodzi o zachowanie przed samym występem, to nie odpuszczam tego dnia. Niektórzy lubią np. gotować, ja należę do tych osób, które do ostatniej chwili ćwiczą.

– Co dla pani znaczy występ przed polonijną publicznością?

– To ogromna radość, nobilitacja i sposobność, aby pokazać różnorodność polskiej twórczości. To muzyka bliska nam wszystkim. Nawet, jeśli nie znamy konkretnego utworu, to jego styl, rytm, melodyka malują obrazy polskości. To się wyczuwa. Bardzo czekam na chwile, kiedy będę mogła wystąpić i tworzyć razem z polską publicznością atmosferę koncertu. To właśnie publika jest bardzo ważna: nastraja i powoduje, że koncert jest wyjątkowy.

– Czy repertuar na listopadowe koncerty będzie dobrany specjalnie z myślą o Polonii?

– Tak. Oczywiście. Długo myślałam nad dobraniem repertuaru.

Chciałabym, żebyśmy na chwilę wszyscy poczuli, że choć dzielą nas tysiące kilometrów, muzyka potrafi sprawić, że Polska jest naprawdę blisko. Nie może zabraknąć utworów Chopina. Skoro przyjechałam z Lublina, to chcę zaprezentować kompozycje urodzonego w Lublinie Józefa Wieniawskiego, pozostającego w cieniu swojego brata, słynnego skrzypka Henryka Wieniawskiego.

Przecież obydwaj urodzili się w Lublinie. W kamienicy przy Rynku na Starym Mieście w Lublinie ich matka, Regina stworzyła jedno z najważniejszych miejsc spotkań elity kulturalnej. Moje szczególne odkrycie to Stanisław Lipski. To jemu pomagał Ignacy Jan Paderewski w dostaniu się pod skrzydła najsławniejszego pedagoga, jakim był Teodor Leszetycki. Myślę, że warto poznać również Raula Koczalskiego. Przez wiele lat muzyka tych twórców pozostawała w zapomnieniu, a niesłusznie, bo stanowi wielką wartość w skali europejskiej kultury muzycznej.

– Jakie ma pani oczekiwania wobec tych występów?

– Chciałabym przede wszystkim przekazać słuchaczom poczucie bliskości z Polską. Tą Polską, którą można odnaleźć w muzyce, niezależnie od tego, gdzie się żyje. Okres obchodów rocznicy odzyskania niepodległości jest szczególnym momentem, aby poprzez muzykę przypomnieć sobie, jak ważna jest pamięć o własnej kulturze i dziedzictwie.

Zależy mi jednak, aby nie był to koncert jedynie o historii. Chciałabym, żeby pojawiły się w nim emocje bardzo osobiste: wzruszenie, radość, nostalgia, duma, ale także zachwyt nad pięknem polskiej muzyki. Stąd dobór programu. Chciałabym w ten sposób pokazać, że polska kultura muzyczna jest niezwykle bogata i że wciąż możemy odkrywać jej „ukryte skarby”. Mam nadzieję, że dla słuchaczy będzie to także rodzaj muzycznej podróży do Polski, czasem nostalgicznej, czasem pełnej energii i radości, ale przede wszystkim budującej poczucie więzi. Chciałabym, aby po koncercie każdy mógł zabrać ze sobą choć odrobinę tego, co nazywamy polskością – nie jako symbolem, lecz jako żywym doświadczeniem, które można odnaleźć w dźwiękach.

– Czy Chicago jest dla pani ważnym miejscem występów?

– Tak, Chicago ma dla mnie szczególne znaczenie. Możliwość zagrania właśnie tutaj, dla Polonii, w czasie obchodów rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, ma dla mnie wymiar szczególny. Traktuję ten koncert nie tylko jako wydarzenie artystyczne, ale przede wszystkim jako spotkanie. Chciałabym poprzez muzykę nawiązać więź z tymi, którzy mieszkają daleko od Polski, a polskość noszą w sobie, pielęgnują ją i przekazują kolejnym pokoleniom. Chicago jest dla mnie również wyjątkowe, dlatego że mogę przywieźć tutaj muzykę nie tylko dobrze znaną, ale także tę, którą warto na nowo odkryć. Mam nadzieję, że dzięki temu spotkaniu słuchacze odkryją coś nowego i poczują, że polska muzyka, również ta mniej obecna w świadomości odbiorców, nadal może być żywa, piękna i bardzo bliska. Chciałabym, aby tego wieczoru Chicago stało się na chwilę miejscem, w którym Polska spotyka się z Polonią poprzez muzykę. Razem tworzymy historię.

– W pani życiu muzyka odgrywa jedną z ważniejszych ról. Jak zaczęła się pani droga muzyczna?

– Nie umiem wskazać konkretnego czasu. Odkąd pamiętam w pokoju stało pianino marki Schultz. Nie chodziłam nigdy do przedszkola, ale za to chodziłam z moją mamą do szkoły. Mama uczyła w szkole muzycznej, całymi dniami siedziałam pod pianinem i słuchałam. W domu grałam zasłyszane melodie, dopasowywałam akompaniament lewej ręki. Sama wybrałam kierunek. Nic innego mi nie przychodziło do głowy, a nawet nie było chwili zastanowienia. Oczywiście lubiłam grać, ale wymagania szkolne były wysokie. Miałam wspaniałych nauczycieli. Czasem, gdy już byłam zmęczona i mówiłam, że nie chcę, otrzymywałam krótką odpowiedź od mamy: „skoro wybrałaś, powiedziałaś ‘a’, to trzeba się tego trzymać”. I chyba o to w życiu chodzi. O konsekwencję w działaniu. I tak jest do dzisiaj.

– Koncertuje pani zatem od małego. I za każdym razem jest stres?

– W trakcie szkoły występowałam jako solistka z orkiestrą symfoniczną. Ach, tu były przeżycia. Jeszcze w starej siedzibie Filharmonii Lubelskiej. Nie zapomnę nigdy uczucia, kiedy orkiestra zaczyna wstęp do Koncertu g-moll Mendelssohna, a cała podłoga drży. Ręce drżą, serce bije, jak dzwon. Podobnie było, kiedy dyrektor Adam Natanek, bardzo promujący młodzież, spytał czy mogę zagrać V Koncert Beethovena. Było to jakieś nagłe zastępstwo. Mój profesor Mieczysław Dawidowicz mówił, że nigdy nie można odmawiać i zawsze trzeba być gotowym. Och, to były nerwy straszne. Dzień, noc ćwiczyłam. Pamiętam, że ręce mi się tak trzęsły, że pierwszy dźwięk, a to był czarny klawisz. Trzymałam nad nim trzy palce, żeby trafić. Potem poszło według planu, ale prawdą jest, że koncert jest wypadkową naszej pracy, codziennego, systematycznego ćwiczenia.

Muzyk nie ma przerwy, nie ma wakacji. Kilka dni bez ćwiczenia odczuwa się dotkliwie. To praca mięśni, mózgu. Wtłaczamy trudne fragmenty przez wiele godzin. Wydaje się nam, gdy ćwiczymy, gramy w domu, że umiemy, a estrada weryfikuje. Na koncercie odczuwamy stres. Jest to zawsze naturalne.

Bardzo ważnym elementem koncertu jest publika. Generalnie to obydwie strony, i muzyk i słuchacz wytwarzają atmosferę. Nastrój, koncentracja, akustyka sali. Każdy koncert daje inne wrażenia.

– Ma pani ulubionych kompozytorów, do których wraca pani najchętniej?

– Kiedyś mój profesor powiedział, że utworu uczymy się na całe życie. I to prawda. Mogę zagrać z pamięci utwory ze szkoły, oczywiście wymagają przygotowania, ale faktycznie nie muszę odszukiwać nut. Wszystko jest w głowie i dopiero nasza pamięć wysyła impulsy do palców. Pozostaję w większości przy kompozytorach polskich. Oczywiście Chopin, Paderewski. Ale staram się wplatać pomiędzy nie Bacha, Mozarta, muzykę polską, aby łączyć żelazny repertuar z twórczością kompozytorów zapomnianych. Stąd pojawiają się na koncertach czy w nagraniach utwory zupełnie nieznane. Wyszukuję ze swojej nutoteki, dostaję rękopisy i propozycje wykonań. Stąd powstała płyta z prawykonaniami młodzieńczych utworów Andrzeja Nikodemowicza, lwowskiego kompozytora uciekającego przed radzieckim reżimem i ideologią. Osiadł w Lublinie, przez wiele lat wykładał na KUL. Miałam szczęście go poznać, uczył mnie w szkole, potem spotykaliśmy się przez wiele lat. Zafascynowana osobowością i ciekawymi opowieściami o przejściach we Lwowie, napisałam książkę o nim, coś w stylu monografii. Potem zajęłam się twórczością Józefa Wieniawskiego. Zatem kompozytorzy związani z Lubelszczyzną wyznaczają mi drogę. Utwory, które zaprezentuję na koncertach wzbogacę o muzykę Stanisława Lipskiego. Pracuję nad nagraniem na płytę właśnie jego utworów. Niebawem ukaże się również album z utworami Raula Koczalskiego, spadkobiercy Chopina. Czyli stylem i myślami jestem na przełomie wieku XIX-XX.

– Co pani zdaniem najważniejsze jest w kształceniu młodych pianistów?

– Pracuję w Instytucie Nauk o Sztuce. Od października jest to już osobny wydział. Zatem przygotowanie młodzieży w zakresie kultury nabiera coraz większego znaczenia. Tworzymy bardzo zgrany zespół z wykładowcami. Odczuwają to też studenci, którzy coraz liczniej wybierają kierunek muzykologia. Równie ważnym aspektem mojej pracy jest wychowanie poprzez muzykę: budowanie u młodego człowieka świadomości własnego dziedzictwa kulturowego i odpowiedzialności za jego zachowanie oraz przekazywanie kolejnym pokoleniom.

Uważam, że poznawanie historii Polski, jej kultury i historii muzyki polskiej jest niezwykle istotną częścią edukacji artystycznej. Chciałabym, aby moi studenci nie tylko wykonywali dzieła polskich kompozytorów, ale również rozumieli ich znaczenie, potrafili dostrzec związki między muzyką a historią oraz mieli świadomość, że jako artyści mogą być ambasadorami własnej kultury.

W tym sensie edukacja muzyczna staje się również formą kształtowania odpowiedzialności, szacunku dla tradycji i świadomego patriotyzmu, otwartego na świat, ale mocno zakorzenionego we własnej kulturze. Szczególnie ważne jest dla mnie, aby student nie stawał się jedynie wykonawcą poprawnie przygotowanego utworu. Chciałabym, aby z czasem stawał się muzykiem świadomym, poszukującym, potrafiącym samodzielnie myśleć o muzyce i odnajdywać własny sposób wyrażania jej piękna. Jeśli udaje się połączyć rozwój artystyczny, sukcesy konkursowe i poznawanie własnego dziedzictwa kulturowego, jest to dla pedagoga ogromna satysfakcja.

– Jak zmienia się podejście studentów do muzyki klasycznej?

– Młode pokolenie wnosi do muzyki klasycznej nową energię, ale również stawia jej nowe pytania. A naszym zadaniem nie jest pomóc jej znaleźć język, głębię i zakorzenienie w tradycji. Zalewa nas muzyka, a raczej hałas. Wszędzie coś gra. Każdy w słuchawkach. Muzyka klasyczna może odstrasza. Ale przecież ta klasyczna też kiedyś była nowatorską, współczesną, szokującą.

Kiedyś chodzenie na koncerty, opery było normą. Grano dla rozrywki. W ramach zabawy stawiano nowe nuty na pulpicie i muzycy próbowali wykonywać utwór a’vista, czyli bez wcześniejszego przygotowania. Jakąż musieli mieć wprawę w czytaniu nut, a może taką, jak my dziś korzystając z klawiatury telefonu… Każda panna z dobrego domu powinna była umieć grać na fortepianie.

Teraz mamy pełen wachlarz muzyki. Każdy słucha swojego ulubionego hitu. Młodzi mają większą szansę na wybranie. Ale czy znają muzykę klasyczną? Tu olbrzymią rolę odgrywa wczesny kontakt z muzyką, aby zaszczepić chęć i potrzebę słuchania. Gdy poznajemy życiorysy muzyków, czytamy o żywej reakcji ówczesnej publiki, która wyrażała zachwyt, lub wręcz odwrotnie, niezadowolenie z utworu, zaczynamy się interesować. Poza tym muzyka klasyczna przeżywa swoją drugą popularność poprzez współczesne przeróbki, chociażby jazzowe. Młodzież potrzebuje luźniejszego kontaktu z muzyką. Młody człowiek niekoniecznie chce słuchać muzyki klasycznej dlatego, że „tak trzeba”, bo jest to część kanonu kultury. Chce wiedzieć: co ta muzyka mówi mnie? Co mogę w niej odnaleźć? Dlaczego mam jej słuchać właśnie dzisiaj?

Można powiedzieć, że podejście młodych ludzi do muzyki klasycznej rzeczywiście się zmienia, ale niekoniecznie oznacza to, że kochają ją mniej. Często po prostu potrzebują poznać tę muzykę. I to jest, moim zdaniem, bardzo pozytywna zmiana. Muzyka przestaje być muzealnym eksponatem, a staje się doświadczeniem. Dlatego tak ważna jest edukacja muzyczna.

Studenci żyją w świecie ogromnej różnorodności muzycznej. Pianista może tego samego dnia pracować nad Chopinem, słuchać jazzu, muzyki filmowej, elektroniki, rocka czy muzyki tworzonej przez AI. Dla niego granice pomiędzy gatunkami są znacznie mniej sztywne niż dla wcześniejszych pokoleń. Spójrzmy na konkursy muzyczne. Są setki konkursów, miliony grających uzdolnionych młodych ludzi. Czyli nadal zainteresowanie jest. A może właśnie potrzebujemy stonowania w muzyce, o której kiedyś się mówiło, że łagodzi obyczaje. Młodzi potrzebują kontekstu, który bez problemu mogą znaleźć w przestrzeni internetowej. Ale trzeba ich natchnąć na poszukiwania. Samo powiedzenie: „to jest ważne dzieło Chopina” coraz rzadziej wystarcza. Znacznie ciekawsze może być pytanie: kim był Chopin jako młody człowiek? Co oznaczała dla niego emigracja? Dlaczego mazurki są tak osobiste? Co w tej muzyce jest polskie, a co uniwersalne? I tutaj właśnie ogromną rolę może odegrać muzykologia połączona na KUL z praktyką wykonawczą. Młode pokolenie wnosi świeżość również do interpretacji. Nie chodzi o to, żeby zmieniać Chopina czy Beethovena na siłę. Chodzi o to, że młodzi wykonawcy mają inne doświadczenia, inną wrażliwość, inną wyobraźnię brzmieniową. Zadają pytania, których wcześniej być może nie zadawano. I jeszcze jedna istotna, interesującą zmiana. Muzykologia jest bardzo prężnym i kreatywnym kierunkiem. Nie jest dla młodych ludzi wyłącznie historią muzyki, analizą dzieła czy teorią.

– Praca na uczelni wpływa zapewne na pani własną twórczość i interpretacje?

– Nie wyobrażam sobie, żeby uczyć i samemu nie grać. I odwrotnie. Szukając rozwiązania jakiegoś problemu u młodego człowieka analizuję swoje działanie, sposób wykonania, zarówno techniczny, jak i interpretacyjny.

Utwór muzyczny nie jest stałym tworem o jednoznacznym wykonaniu. Jakież to piękne, że jeden zapis nutowy, nawet dokładny, można odczytać na wiele sposobów i zawsze jest zgodne z partyturą. I to jest właśnie fenomen.

Kontakt z młodzieżą to już nie mistrz i uczeń. Prowokuję sytuacje, kiedy wychodzę razem ze studentem na scenę. Pokazuję, że wobec muzyki i publiczności mamy te same zobowiązania. Koncertowy savoir vivre pokazuję w praktyce. Przygotowanie, dostosowany ubiór, sposób zachowania. Wtedy są to najważniejsze zajęcia praktyczne. A wykonanie koncertu jest najlepszą weryfikacją przygotowania.

– Czy ma pani swoje rytuały, które pomagają zachować równowagę między intensywną pracą a odpoczynkiem?

– Nie wiem. Chyba nie mam. Wiem, co jest najważniejsze. Wsparcie, pomoc. To troska najbliższej osoby, czyli od prawie 40 lat męża. Kto wytrzyma godzinami, czasami w nocy, wtłaczanie w palce dźwięków, przygotuje nuty, wysłucha żali i radości, pomoże się spakować, zawiezie, nagra koncert. I służy radą. I zrozumie różne nastroje: skupienia, zdenerwowania i euforii, albo koszmarnego zmęczenia. I jest zawsze na dobre i na złe. I jeszcze wstawi pozrywane struny w fortepianie. Największy przyjaciel. Ten spokój i troska męża pozwala mi na pewno jak najrzetelniej przygotować się do koncertu, żeby serce nie biło jak na dyskotece, o czym wspomniałam na początku. 

– Przed panią listopadowe koncerty w Chicago, a co dalej? Jakie ma pani kolejne plany?

– Przede wszystkim kontynuuję plany dotyczące muzyki polskiej, tej zapomnianej. Kolejne koncerty, recitale solowe, wokalne. Konkurs im. I. J. Paderewskiego. Zatem kolejna dawka muzyki polskiej, tym razem jako przewodniczący jury. W głowie mnóstwo planów na nauczenie nowych utworów. Mam nadzieję powrócić z nowym repertuarem do Ameryki… To marzenia, które bym bardzo chciała, żeby się spełniły.

Rozmawiała Marta J. Rawicz