„Super Express”: – Co było pierwszym impulsem, który sprawił, że powiedzieliście sobie: „Budujemy kampera i jedziemy do USA”?
Julia Skibińska: – Już wiele lat temu marzyliśmy o podróżach w stylu „vanlife”. Już prawie 5 lat temu, gdy rzuciliśmy nasze poukładane życie: praca, studia, mieszkanie itp, wiedzieliśmy, że nadejdzie moment, w którym naszym własnym autkiem będziemy zwiedzać USA. Wtedy jeszcze nie było na to pieniędzy i mieliśmy w głowie inne, tańsze destynacje. Europa autostopem, Azja z plecakiem, autostopem i na starym skuterze, a także nasza największa dotychczasowa podróż po Ameryce Południowej, gdzie w sześć miesięcy przejechaliśmy 17 tysięcy kilometrów tylko i wyłącznie autostopem, jadąc od najdalej na południe do najdalej na północ wysuniętych miejsc lądowych tego kontynentu. Po takich wyczerpujących podróżach, musieliśmy zreperować budżet. Wiedzieliśmy, że potrzebujemy pieniędzy na kolejną wielką wyprawę.
Ostateczna decyzja o zbudowaniu własnego kampera i wysłaniu go do USA padła w moje 24. urodziny, gdy zwiedzaliśmy Islandię kamperem pożyczonym z firmy, w której pracowaliśmy. Wtedy tak nam się to spodobało, że przypomnieliśmy sobie nasze dawne marzenie i przemieniliśmy je w cel do zrealizowania.
– Jak wyglądał moment, w którym kamper po raz pierwszy ruszył w drogę? Czy czuliście ekscytację, czy bardziej stres?
Paweł Markowski: – Początkowo mieliśmy dużo planów i pomysłów, jak przetestować naszego kampera przed wielką wyprawą za ocean. Może do Maroko, może do Grecji, może na Sycylię... Skończyło się tak, że najdalej to dojechaliśmy do Krakowa po odbiór wizy. A dzień przed wyjazdem do portu w Belgii skąd mieliśmy wysłać busa do Stanów, montowaliśmy koło zapasowe, przyklejaliśmy naklejkę na busa, naprawialiśmy klimę i przykręcaliśmy klamki do szafek. Nie czuliśmy nic. Tylko mobilizację. Ostatnie tygodnie przed wyjazdem były najgorsze, wszystko się psuło, zamówione materace przyjechały w złym rozmiarze, mieliśmy awarię wody w ścianie busa i aż szkoda gadać. Ekscytacja pojawiła się dopiero dwa tygodnie po oddaniu kampera w porcie w Antwerpii, gdy wsiedliśmy do samolotu lecącego już do USA i usłyszeliśmy piosenkę „Empire State of Mind” z ikonicznym „Now you're in New York…”
– Ile czasu zajęła Wam budowa kampera i który etap był najtrudniejszy?
JS: – Nam budowa kampera rozłożyła się mocno w czasie. Licząc od dnia zakupu starego busa, aż do ostatniego dnia budowy, dzień przed wysłaniem go do USA, minęło 18 miesięcy. Warto tu jednak zaznaczyć, że w międzyczasie byliśmy w kilku krótkich podróżach m.in. na Sri Lance, a ponad pół roku spędziliśmy na Islandii, pracując i zarabiając na podróż. W tym czasie bus stał na mrozie i spokojnie w ciszy rdzewiał. A skoro już o rdzy mowa... to właśnie etap, a właściwie niekończące się etapy pozbywania się rdzy były najtrudniejsze i najbardziej czasochłonne. Teraz, nauczeni doświadczeniem, zrobilibyśmy to nieco inaczej i myślę, że ze trzy, może cztery razy szybciej. Ale tak można powiedzieć o każdym etapie budowy. Większość czasu w trakcie budowy poświęcaliśmy na naukę, szukanie części i rozwiązywanie problemów. Śmiało możemy się nazwać teraz specjalistami w tej dziedzinie.
– Czy mieliście momenty zwątpienia, kiedy projekt wydawał się zbyt duży?
PM: – Wielokrotnie. Szczególnie pod koniec, gdy czas już gonił. Ciągle wychodziło coś nowego. Pojawiło się dużo losowych problemów, na które nie mieliśmy wpływu. Przykład: zamówione części przychodziły uszkodzone albo inne albo wcale. Materace zamawiane na wymiar, na które czekaliśmy kilka tygodni, przyszły z opóźnieniem i w złym wymiarze, a mieliśmy tydzień do wyjazdu... wiele, wiele problemów. Byliśmy zmotywowani, ale też sfrustrowani i bezradni. Wielokrotnie, gdyby nie wsparcie i doping bliskich nam osób to podróż do USA mogłaby się wcale nie odbyć.
– Jaki element kampera jest waszą największą dumą?
PM: – Julia bez namysłu powiedziała, że różowa ścianka z kwiatkami w kuchni oraz obrazki w sypialni nad łóżkiem i ogólnie to, że jest ładnie i przytulnie, jak w domu. Nawet mówiąc o naszych siedmiu metrach kwadratowych, używamy takich słów jak łazienka, korytarz, kuchnia, sypialnia itp. Ja natomiast jestem najbardziej dumny z naszego układu elektrycznego, który tak jak wszystko w kamperze zbudowaliśmy od początku do końca sami.
Ogromną satysfakcję sprawiało wymyślenie trzech sposobów na naładowanie akumulatora, zaprojektowanie i podłączenie każdego przewodu i bezpiecznika, a potem ten efekt, że świeci światło, działa lodówka, że możemy naładować laptopa i nawet podłączyć wiertarkę w naszym własnym domu na kółkach bez dostępu do cywilizacji. To jest niesamowite!
– Jak wyglądał proces wysyłki kampera do Stanów?
PM:- Masa papierologii, wypełniania dokumentów i formalności. Konsultacje online, zdzwanianie się i dopytywanie o tysiące szczegółów... Na szczęście tym wszystkim zajmowała się Jula, więc ja miałem czas, żeby kręcić śrubki. A sama wysyłka była dość prosta. Przyjechaliśmy w podanym dniu w podane miejsce. Zaparkowaliśmy tam, gdzie kazali. Podpisaliśmy, co kazali podpisać. Oddaliśmy kluczyki. Nikt nawet nie zajrzał do busa. Mimo, że była cała masa rzeczy, których nie mogliśmy przewieźć w środku, m.in. jedzenie, chemia itp. Po kilku tygodniach dostaliśmy wiadomość, że kamper jest do odebrania. Czekaliśmy już kilka dni wcześniej w Nowym Jorku. Odebraliśmy busa z leciutko porysowanymi plastikami, ale to pikuś. Miał na szczęście wszystko w środku i bez uszkodzeń, więc po podpisaniu kolejnych dokumentów mogliśmy już zwiedzać nim Stany Zjednoczone!
– Czy mieliście obawy przed pierwszą jazdą po amerykańskich drogach?
JS: – Żadnych. Paweł ma duże doświadczenie jako kierowca w każdych warunkach. Nawet na starym skuterze, ruchem lewostronnym w Tajlandii, gdzie nie istnieją zasady ruchu drogowego, a droga ma więcej dziur niż asfaltu. Oczywiście odpowiadamy trochę w żartach, ale generalnie my się mało czego obawiamy przed naszymi podróżami. A co do samych dróg: dużo prostych odcinków ciągnących się dziesiątkami kilometrów, bardzo mało kolorowych znaków, a w zamian napisy, których w trakcie jazdy nie zdążysz przeczytać. Mnóstwo znaków stop i trochę inne zasady z tym związane. Oraz złota zasada: możliwość skrętu w prawo na czerwonym. Powinni to wprowadzić w Polsce!
– Jakie miejsce zrobiło na was największe wrażenie w pierwszych dniach podróży?
PM: Nie sądziliśmy, że Nowy Jork zrobi na nas aż tak pozytywne wrażenie. Nie lubimy dużych miast. Wolimy naturę, małe społeczności itp. Ale to dzięki Dorocie, która zaprosiła nas do siebie do domu na kilka dni i pokazała nam miasto swoimi ścieżkami. To osoba, która mieszka tam od lat. Dzięki niej mogliśmy poczuć klimat tego miejsca. A takie typowe turystyczne miejsca tylko odhaczyliśmy. Chociaż na Statuę Wolności czy Central Park moglibyśmy patrzeć godzinami.
– Co was najbardziej zaskoczyło w amerykańskiej kulturze podróżowania?
JS: – Że wcale nie ma tak dużo kamperów, jak to wszyscy opowiadają.
Jest za to dużo przyczep. Ogromne przyczepy kempingowe ciągnięte za autem. To jest większe niż niejedno mieszkanie! Okazuje się, że sklep z przyczepami czy kemping dla nich jest prawie w każdym mieście. Mało natomiast jest takich kamperów jak nasz, które są zbudowane na bazie blaszaka. Myślę, że im się trochę nie chce w to bawić.
Kupują motorhome albo ogromną przyczepę, jadą na camping, rozstawiają się i podłączają do wszystkiego. Zajmuje to dużo czasu, więc oni raczej nie jeżdżą tym z miejsca na miejsce codziennie zmieniając nocleg, tak jak my to robimy. Okazało się więc być nieco inaczej niż początkowo sądziliśmy.
– Czy spotkaliście ludzi, którzy szczególnie zapadli wam w pamięć?
PM: – Oj tak! Wielu!
Praktycznie codziennie z kimś nowym rozmawiamy. Czy to zagadują do nas na parkingu pod Walmartem i potem zapraszają do domu. Czy to podczas zbierania kwiatów przy drodze, zostaliśmy zaczepieni i zaproszeni najpierw na kawę, a potem nocleg. Czy to Polacy, u których mieliśmy okazję gościć już w kilku stanach i którzy zawsze z wielką chęcią opowiadają swoją historię i pokazują okolicę.
My zawsze w naszych podróżach mamy mnóstwo przygód i jeszcze więcej szczęścia do ludzi! Chociaż zupełnie nie spodziewaliśmy się tego w tej podróży po USA. Jeździmy kamperem, więc w teorii jesteśmy zamknięci i niedostępni, a u nas wręcz przeciwnie. Ale to chyba zależy od człowieka, bo my miewamy takie dni, że non stop z kimś rozmawiamy i czujemy się prawie, jak podczas naszej autostopowej podróży po Ameryce Południowej, gdzie naturalniej trafialiśmy na nowych znajomych.
– Co jest najpiękniejsze, a co najtrudniejsze w życiu na czterech kołach?
JS: – Najpiękniejsza jest niezależność i poczucie, że codziennie mamy gdzie wrócić, że nasz kamperek to nasz dom i baza. Najtrudniejszy jest czas, który szybko leci. Czasem musimy decydować, które miejsce wybrać, a które pominąć.
– Jak radzicie sobie z codziennymi obowiązkami: gotowaniem, praniem, planowaniem trasy?
PM: – Wszystko wychodzi na spontana, gotujemy często na dwa dni. Jeśli czujemy, że jesteśmy zmęczeni to po prostu się zatrzymujemy. Pranie i zakupy robimy w większych miastach. Dzielimy się obowiązkami.
– Relacjonujecie swoją podróż na YouTube jako „Jelenie w podróży”. Co jest dla was najważniejsze w tworzeniu tych treści: dokumentowanie podróży czy inspirowanie innych?
JS: – Najważniejsze jest dla nas, żeby mieć z tego fun!
Początkowo miał to być tylko pamiętnik dla nas i naszych bliskich, którzy zadawali dużo pytań i tam mogliśmy pokazać wszystkim na raz nasze filmy i zdjęcia. Potem zaczęło pojawiać się więcej ludzi na Instagramie i pojawiły się prośby o YouTube, stąd początek naszego kanału wraz z początkiem tej podróży. Najważniejsze dla nas jest bycie autentycznymi. Nic nie jest zaplanowane. Pokazujemy się naturalni i bez udawania. Może przez to dźwięk jest gorszy, jakość słabsza itp. Chcemy pokazać, że każdy może podróżować czy spełniać swoje marzenia, a my nie jesteśmy wyjątkowi.
– Czy po tych kilku tygodniach czujecie, że ta podróż już Was zmieniła?
PM: – W USA wylądowaliśmy 14.05, a podróż kamperem zaczęliśmy 20.05. Na ten moment czujemy się szczęśliwi i spełnieni. Nie uważamy byśmy się jakoś zmienili. Przybyło nam tylko wiele znajomości, doświadczeń i przygód do opowiadania.
– Jakie momenty były najbardziej wzruszające?
JS: – Najbardziej wzruszający był pierwszy dzień w Nowym Jorku, gdy już dotarliśmy. Zobaczyliśmy żółte amerykańskie autobusy szkolne, zjedliśmy pysznego bajgla i spacerowaliśmy w Central Parku.
– Czy jest coś, czego nauczyliście się o sobie nawzajem?
PM: – Codziennie przekonujemy się na nowo, jak fajnie jest mieć w drugiej osobie przyjaciela i partnera i móc odkrywać świat razem.
Rozmawiała Marta J. Rawicz