Z tronu Królowej Podhalan w Chicago do Kancelarii Prezydenta RP. „Czasami można się poczuć cudownie przytłoczoną”

2026-05-30 17:41

Ania Smetek, była Królowa Związku Podhalan w Północnej Ameryce, studentka prestiżowego University of Michigan, właśnie rozpoczęła praktyki w Kancelarii Prezydenta RP. Wkrótce wyjedzie na dalsze studia na Uniwersytecie Oxfordzkim. Jej historia to opowieść o odpowiedzialności, odwadze i świadomym pielęgnowaniu góralskich korzeni niezależnie od tego, jak daleko zaprowadzi ją życie. W rozmowie z „Super Expressem” opowiada o swojej drodze, wartościach i ambitnych planach, które chce realizować zarówno w Polsce, jak i wśród Polonii w USA.

– Jak wyglądała twoja droga do stażu w Kancelarii Prezydenta RP?

– Szczerze mówiąc, to był proces trwający lata, możliwy jedynie dzięki wsparciu i możliwościom, które przez całe życie oferowały mi różne polskie organizacje i osoby. Wszystko zaczęło się naprawdę w 2023 roku, gdy zostałam debiutantką Legionu Młodych Polek w Ameryce. Pamiętam jeszcze, jak siedziałam na śniadaniu przed paradą, całkowicie uderzona głębią przyjaźni i więzi między Polonią a przedstawicielami z Polski. Można było wyczuć, jak szczerze ludzie w Polsce troszczą się o Polonię. Nie jako abstrakcję, ale jako część samych siebie. Wiele osób wspierało mnie po drodze. Nie tylko moi rodzice, ale także Związek Podhalan, poprzez który moja praca jako królowej pomogła mi lepiej zrozumieć, jak naprawdę funkcjonuje relacja między Polską a Polonią. Miałam też przywilej poznania ludzi z Polski, takich jak Jarosław Krajewski i Janusz Kowalski, którzy szczerze inwestują w polską diasporę i młodych Polonusów. To oni zapoznali mnie z ideą przyjazdu do Polski na staż, abym mogła zrozumieć te międzynarodowe relacje od środka i sprawdzić czy to ścieżka, którą chcę dalej podążać.

– Co było dla ciebie największym zaskoczeniem po wejściu w środowisko administracji państwowej ?

– Prawdę mówiąc, początkowo byłam niepewna. Przeprowadzka samotnie do zupełnie innego kraju i miasta, przy najbliższej rodzinie mieszkającej ponad trzy godziny od Warszawy, wymagała prawdziwego przystosowania. Zawsze uważałam się za osobę niezależną, ale zadomowienie się w Warszawie było mimo wszystko trudne. Ilekroć przyjeżdżam do Polski, zatrzymuję się na Podhalu, więc Warszawa początkowo wydawała mi się naprawdę obca. Tęsknię też bardzo za rodzicami. Na studiach jestem blisko domu, podczas gdy teraz jestem po drugiej stronie oceanu, w innej strefie czasowej. Jednocześnie ten staż wprowadził mnie w kontakt z tyloma ludźmi i doświadczeniami, że czasami można się poczuć cudownie przytłoczoną. Czego się nie spodziewałam, to jak ciepło wszyscy, od współpracowników po urzędników publicznych, mnie przyjmą. 

W Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej miałam okazję uczestniczyć w wydarzeniach u boku prezydenta, członków Sejmu i innych wysokich urzędników, co pozwoliło mi rozumieć politykę i służbę publiczną od środka w sposób, który wcześniej był dla mnie niemożliwy. Każdy dzień wygląda inaczej. Jednego dnia pracuję w biurze, innego biorę udział w wydarzeniach w Pałacu Prezydenckim, Belwederze lub Sejmie. Najbardziej cenię jednak to, że tak wiele osób zadało sobie trud, by sprawić, żebym poczuła się mile widziana w Warszawie.

 – Jakie kompetencje zdobyte w Chicago okazały się najbardziej przydatne w pracy w Polsce?

– Bez wątpienia język polski. Zawsze żartuję z mamą przez telefon, że w ciągu tygodnia w Warszawie mówię oficjalną polszczyzną, a gdy w weekendy wyjeżdżam na Podhale, przełączam się na gwarę, co, szczerze mówiąc, wymaga sporego wysiłku umysłowego. Poza językiem, wystąpienia publiczne okazały się najbardziej praktycznie cenną umiejętnością. Przez lata prowadzenia wydarzeń w Domu Podhalan, pełnienia roli królowej oraz uczestnictwa w wywiadach i wydarzeniach społecznościowych wykształciłam umiejętność pewnego prezentowania się, zarówno po polsku, jak i po angielsku. To okazało się nieocenione tutaj, w Polsce. Moi rodzice byli bardzo konsekwentni w kwestii mówienia po polsku w domu. Angielski był zasadniczo zakazany, gdy byłam młodsza, więc wielu współpracowników jest naprawdę zaskoczonych, gdy wspominam, że wychowałam się w Stanach Zjednoczonych.

– Co twoim zdaniem Polska mogłaby lepiej zrozumieć o Polonii, a co Polonia o Polsce?

– Uważam, że potrzeba więcej znaczących możliwości dla młodych Polonusów oraz większej reprezentacji Polonii w życiu politycznym i publicznym. Potrzebujemy więcej Polonusów na stanowiskach przywódczych, gdzie mogliby skutecznie reprezentować i poprawiać życie Polaków mieszkających za granicą. Szczerze wierzę, że Polska chętnie wspierałaby młodych ludzi, którzy zdecydują się podążać tą drogą i inwestować we wzmacnianie relacji między Polską a Polonią. Dorastanie w organizacjach, takich jak Związek Podhalan i udział w debiucie Legionu Młodych Polek były kształtujące, w sposób który wciąż odkrywam. Przed studiami pracowałam również z Aggie Baumert i Baumert Law, gdzie nauczyłam się wiele o profesjonalizmie i przywództwie. Szczególnie o tym, jak wygląda piastowanie ważnych stanowisk przez kobiety z autorytetem i klasą. Niezmiernie wiele zawdzięczam też Karolinie Strzelec-Stafierze, instruktorce zespołu Siumni i wiceprezes Związku Podhalan Północnej Ameryki. Zarówno ona, jak i Aggie Baumert były dla mnie ogromnym źródłem inspiracji i wsparcia. Pokazały mi, że dla polonijnych kobiet ambicja nie jest ograniczeniem. Jest atutem, pod warunkiem że jesteś gotowa na nią pracować.

– Skoro o ambicjach mowa, jakie są twoje dalsze plany zawodowe po zakończeniu stażu?

– W styczniu lecę na studia w Hertford College na Uniwersytecie Oksfordzkim, gdzie kończę podwójny kierunek: ekonomię i stosunki międzynarodowe. Kończę studia licencjackie o semestr wcześniej, a następnie zamierzam aplikować do szkół prawniczych. Mam nadzieję pozostać w bliskim kontakcie z Chicago i tamtejszą społecznością polonijną, choć zdaję sobie sprawę, że życie ma swój własny sposób na prowadzenie nas w nieoczekiwanych kierunkach. Co wiem z pewnością, to że chcę ukończyć szkołę prawniczą i rozwijać wiedzę związaną z prawem międzynarodowym, aby móc aktywnie wspierać społeczność polonijną zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i za granicą.

– Czy widzisz siebie w przyszłości w pracy publicznej, dyplomacji czy może w działalności społecznej?

– Szczerze mówiąc, myślę, że moja przyszłość będzie leżała gdzieś na przecięciu tych wszystkich dziedzin. Prawo jest dla mnie fundamentem, narzędziem, które chcę opanować, zanim podejmę jakiekolwiek poważniejsze decyzje dotyczące dalszej drogi. Ale już teraz wiem, że nie wyobrażam sobie pracy, która nie byłaby w jakiś sposób związana ze służbą innym. Dyplomacja i stosunki między Polską a Polonią to obszar, który szczególnie leży mi na sercu, i myślę, że jest to przestrzeń, w której mogłabym wnieść coś naprawdę wartościowego, właśnie dlatego, że sama żyję na tym pograniczu dwóch światów. Nie chcę wybierać między Polską a Stanami Zjednoczonymi, między Podhalem a Warszawą, między tradycją a nowoczesnością. Chcę budować mosty między tymi światami i wierzę, że właśnie do tego jestem najlepiej przygotowana.

– Kilkukrotnie wracałaś do swojej funkcji Królowej Związku Podhalan 2023-2024 w Chicago. Jak to dziś wspominasz?

– Bycie królową Podhalan pozostaje jednym z najbardziej kształtujących doświadczeń mojego życia. To doświadczenie naprawdę otworzyło mi oczy na wpływ, jaki młodsze pokolenia Polonii mogą wywierać, gdy tworzone są dla nas odpowiednie możliwości. Związek Podhalan w Ameryce pracuje niestrudzenie, aby budować te możliwości i utrzymywać młodych Polonusów w głębokiej więzi z ich dziedzictwem i tradycjami. Jestem nie tylko Polką, ale także dumną góralką, i bez tego wymiaru mojego wychowania nie nosiłabym w sobie wartości i zasad, którymi kieruję się dziś. 

Dorastanie w Stanach Zjednoczonych niesie ze sobą własne, ciche wyzwania. Jesteś nieustannie otoczona innymi kulturami i jeśli nie dbasz o to świadomie, części twojej tożsamości mogą po cichu zanikać. Organizacje takie jak Związek Podhalan w Północnej Ameryce tworzą przestrzeń, w której tradycje nie są tylko wspominane, ale aktywnie pielęgnowane. Jako królowa rozwinęłam głębokie uznanie dla organizacji polonijnych i rzeczywistego wpływu, jaki te role mogą wywierać na ludzi – niezależnie od samego tytułu.

Poprzez mój Bal Królowej udało mi się zebrać fundusze na rzecz chorych dzieci i to właśnie stało się częścią tej roli, którą ceniłam najbardziej. Było to coś zupełnie innego niż jakikolwiek inny tytuł czy konkurs, ponieważ dawało nastolatkom realną możliwość poprawy życia innych w wymierny sposób. Moją największą motywacją była nie tylko reprezentacja i odpowiedzialność związane z tą rolą, ale także rzadka okazja do zorganizowania i przeprowadzenia wielkiego wydarzenia, które zjednoczyło polskie organizacje i społeczności wokół wartościowej sprawy. To doświadczenie odegrało znaczącą rolę w kształtowaniu tego, kim jestem i wiem, że jego wpływ pozostanie ze mną przez całe życie.

– Ta rola wpłynęła też zapewne na twoją góralską tożsamość i relację z polską kulturą?

– Myślę, że rola królowej Podhalan sprawiła, że po raz pierwszy w życiu naprawdę świadomie przyjęłam swoją tożsamość. Nie tylko jako coś, co wyniosłam z domu, ale jako coś, za co osobiście odpowiadam. Wcześniej góralszczyzna była dla mnie naturalną częścią życia, czymś, w czym po prostu uczestniczyłam. Po objęciu tej roli zrozumiałam, że tożsamość to nie jest coś, co się po prostu ma. To coś, o co trzeba aktywnie dbać i co trzeba świadomie przekazywać dalej. Ta rola pogłębiła również moją relację z szeroko pojętą polską kulturą. Bycie królową oznaczało reprezentowanie nie tylko Podhala, ale całej Polonii, i to właśnie wtedy zaczęłam postrzegać siebie nie tylko jako góralkę, ale jako Polkę w pełnym tego słowa znaczeniu, z odpowiedzialnością wobec całej wspólnoty.

– Co dla ciebie znaczy być góralką urodzoną lub wychowaną poza Polską?

– Bycie góralką wychowaną poza Polską oznacza konieczność znacznie większego wysiłku w zachowaniu kultury i tradycji. Widać wyraźną różnicę między tymi, którzy wychowali się w Polsce, a tymi wychowanymi w diasporze. Gdy jesteś oddzielona od ojczyzny, nabierasz ostrej świadomości tego, jak łatwo tradycje i wartości mogą erodować, jeśli ludzie nie podejmują świadomego wysiłku, aby je chronić. Myślę, że właśnie dlatego tak wielu młodych Polonusów angażuje się w polskie organizacje od najmłodszych lat. To sposób na pozostanie zakotwiczonym w tym, kim jesteśmy. Znaczenia zachowania polskich wartości nauczyłam się przede wszystkim od rodziców, którzy są najbardziej wpływowymi i wspierającymi osobami w moim życiu. Zawsze we mnie wierzyli i dawali mi swobodę pełnego realizowania moich ambicji. Wiele nauczyłam się również poprzez mój góralski zespół taneczny Siumni USA, pod kierownictwem Karoliny Strzelec-Stafiery, kogoś, kogo głęboko podziwiam, szczególnie jako innej góralki wychowanej w Ameryce. Każdego dnia pracuje ona nad tym, by zachować kawałek Polski w Chicago, i jest osobą, na którą wielu młodszych członków naszej społeczności patrzy z uznaniem. Był zresztą moment w mojej młodości, gdy chciałam przestać tańczyć po góralsku, ale poznanie Karoliny całkowicie zmieniło moją perspektywę. Pokazała mi, że góralszczyzna to nie tylko taniec i śpiew, że może stać się fundamentem tego, kim jesteś, jeśli tylko na to pozwolisz.

– Jakie wartości góralskie chciałabyś przekazywać dalej młodszym pokoleniem?

– Przede wszystkim chcę, żeby młodsze pokolenia zrozumiały, jak niezbędne jest pozostawanie zaangażowanym. Nawet jeśli ktoś nie jest szczególnie zainteresowany tradycjami góralskimi jako takimi, uważam że wciąż ważne jest uczestnictwo w czymś związanym z polską społecznością w Chicago. Jest tak wiele dostępnych możliwości: uczęszczanie do polskiej szkoły, dołączanie do organizacji, takich jak Legion Młodych Polek, angażowanie się w grupy kulturalne czy nawet założenie polskiego klubu w szkole. Wiele osób żałuje później, że nie zachowało swojego języka, tradycji i kultury, ponieważ te rzeczy są fundamentem tego, kim się stajemy. Tak wiele naszego charakteru kształtuje się w naszych domach i wśród ludzi, którymi się otaczamy. Pozostawanie w łączności z polską kulturą oznacza ostatecznie pozostawanie w łączności z samym sobą.

– Jesteś teraz bliżej Polski. Widzisz różnice między góralszczyzną w Polsce a tą w USA?

– Zdecydowanie tak, i myślę, że to jedno z najbardziej fascynujących napięć, z którymi się mierzę. Góralszczyzna w Polsce istnieje w swoim naturalnym środowisku. Jest obecna w krajobrazie, w codziennym życiu, w języku ulicy. Na Podhalu nie trzeba jej szukać ani o nią walczyć, bo ona po prostu jest. W Stanach Zjednoczonych góralszczyzna istnieje z wyboru. Każda osoba, która tańczy, śpiewa, nosi strój czy mówi gwarą w Chicago, robi to świadomie i celowo, bo nikt jej do tego nie zmusza. I paradoksalnie myślę, że właśnie dlatego ma to czasem jeszcze głębszy wymiar. Gdy coś wymaga wysiłku, żeby przetrwać, ludzie przywiązują do tego jeszcze większą wagę. Zauważam też, że góralszczyzna w diasporze pełni nieco inną funkcję społeczną. Jest nie tylko wyrazem regionalnej tożsamości, ale także spoiwem całej społeczności polonijnej, łącząc ludzi, którzy inaczej mogliby nigdy się nie spotkać.

– Co chciałabyś przekazać młodym Polakom i młodym góralom w USA?

– Powiedziałabym im, żeby się nie bali. Bycie studentem pierwszego pokolenia może być czasem izolujące, bo jesteś otoczona ludźmi, których rodziny od pokoleń pracują w prawie, medycynie czy finansach.

Ale szczerze wierzę, że mamy przewagę, bo wychowaliśmy się w rodzinach polskich emigrantów. Nasi rodzice często przyjeżdżali do Stanów Zjednoczonych niemal z niczym i od podstaw budowali całe życie i zupełnie nowe możliwości dla swoich dzieci. Wywodzimy się z jednej z najbardziej pracowitych i rodzinnie zorientowanych społeczności na świecie i młodzi Polonusi powinni nosić to w sobie jako powód do dumy i źródło motywacji.

Bez moich rodziców nie byłabym tam, gdzie jestem. Choć nigdy nie wywierali na mnie presji ani nie narzucali oczekiwań, zawsze czułam głęboką odpowiedzialność, by dać z siebie coś wartościowego. Ze względu na wszystko, z czego zrezygnowali, by dać mi to życie. Ich miłość i wiara we mnie są bez wątpienia moją największą motywacją. Bez względu na to, jak ambitne czy niekonwencjonalne są moje marzenia, zawsze wierzyli, że są możliwe. I to właśnie, bardziej niż cokolwiek innego, zmieniło wszystko.

– Jakie wartości lub zasady prowadzą cię w życiu i pracy?

– Przede wszystkim wdzięczność. Nigdy nie tracę z oczu tego, skąd pochodzę i co musiało się wydarzyć, żebym mogła być tam, gdzie jestem dziś. Moi rodzice zbudowali dla mnie życie, którego sami nie mieli, i to poczucie zobowiązania, nie jako ciężar, ale jako motywacja, towarzyszy mi każdego dnia. Równie ważna jest dla mnie uczciwość wobec siebie i innych. W środowiskach publicznych łatwo jest się zagubić i przyjmować postawy, które są wygodne zamiast prawdziwych. Staram się zawsze wiedzieć, dlaczego robię to, co robię i czy jest to zgodne z tym, w co naprawdę wierzę. I wreszcie służba. Nauczyłam się tego poprzez góralszczyznę, poprzez organizacje polonijne, poprzez Bal Królowej. Najgłębiej satysfakcjonujące chwile mojego życia to nie te, w których coś osiągnęłam dla siebie, ale te, w których mogłam zrobić coś znaczącego dla innych. I tę zasadę chcę nieść ze sobą niezależnie od tego, dokąd zaprowadzi mnie życie.

Rozmawiała Marta J. Rawicz