„Super Express”: – Hasłem jubileuszowej edycji Greenpoint Film Festival było „unbound”. Jak pani zinterpretowała ten temat i jak narodził się pomysł, aby pokazać naturę stopniowo przejmującą architekturę festiwalu?
– Anthony Argento, Siyu Lin i Jason W. Short zaprosili mnie do stworzenia scenografii festiwalu. Zaczęliśmy od rozmowy o haśle „unbound” i o tym, co właściwie może być „nieokiełznane”. Pojawił się temat natury i zaczęłam szukać obrazów dzikiej roślinności. Trafiłam wtedy na fotografie opuszczonych budynków stopniowo przejmowanych przez naturę i to stało się punktem wyjścia dla całej koncepcji. Zafascynowała mnie idea, że natura nie tylko wchodzi do architektury, ale zaczyna się do niej adaptować, rozrastać i ostatecznie ją przejmować.
– Centralnym elementem instalacji była „The Mother”, organiczna forma, od której rozpoczynała się cała opowieść scenograficzna. Co miała symbolizować?
– „The Mother” była dla mnie początkiem całego organizmu, źródłem, z którego natura zaczyna rozprzestrzeniać się po budynku. Umieściłam ją przy wejściu, ponieważ chciałam, żeby od niej zaczynała się cała opowieść. Z niej organizm przechodzi na ścianę, wspina się po klatce schodowej i stopniowo przejmuje kolejne przestrzenie. Nie chciałam, żeby „The Mother” była konkretnym stworzeniem czy postacią. To raczej forma generatywna, coś pomiędzy naturą, organizmem i źródłem życia.
– Scenografia rozwijała się wraz z przemieszczaniem się widza przez budynek, od wejścia, przez schody i tunel, aż po zawieszone organizmy i monumentalny kokon. To celowy zabieg?
– To było dla mnie bardzo ważne.
Nie chciałam, żeby scenografia była tylko tłem czy zbiorem osobnych dekoracji. Chciałam, żeby widz, przemieszczając się przez budynek, odkrywał kolejne etapy jednej historii. W pewnym momencie widz nie tylko patrzy na instalację, ale sam zaczyna poruszać się wewnątrz tego rozwijającego się ekosystemu. Zależało mi na tym, żeby można było na chwilę zanurzyć się w tym świecie, podobnie jak zanurzamy się w świecie filmu.
– W pewnym momencie można było odnieść wrażenie, że to już nie budynek mieści instalację, ale sam staje się częścią żywego organizmu. Chodziło o zatarcie granicy pomiędzy architekturą a naturą?
– Tak, zdecydowanie. To było jedno z głównych założeń projektu. Chciałam, żeby natura nie tylko pojawiała się w przestrzeni, ale stopniowo zaczynała wykorzystywać samą architekturę, ściany, schody i konstrukcje, jako część własnego rozwoju. Budynek staje się w pewnym sensie gospodarzem dla nowego organizmu. Im dalej wchodzimy w tę przestrzeń, tym trudniej powiedzieć, gdzie kończy się architektura, a zaczyna natura.
– Duża część scenografii została wykonana ręcznie. Wiem, że wykorzystała pani panele sztucznego bukszpanu i przy pracach pomagali wolontariusze? Jak wyglądała ta praca od strony technicznej?
– Było w tym bardzo dużo eksperymentowania. Gotowe panele bukszpanu są bardzo geometryczne, a ja chciałam całkowicie zgubić tę regularność. Wolontariusze pomagali mi wycinać pojedyncze fragmenty, a ja później układałam je bezpośrednio na ścianach, właściwie traktując je jak elementy większej układanki.
Przy wejściu zależało mi na ruchu i fakturze, żeby roślinność sprawiała wrażenie, jakby pełzała po ścianie. Na klatce schodowej chciałam osiągnąć bardziej niepokojący efekt, więc fragmenty zaczęły tworzyć nieregularne formy, które wspinają się coraz wyżej. Dużo powstawało intuicyjnie, bezpośrednio w przestrzeni.
– Efekt robił wrażenie. Scenografia stawała się coraz bardziej niepokojąca i obca w miarę przemieszczania się przez festiwalową przestrzeń. Jakie emocje chciała pani wywołać u widzów, zachwyt, niepokój, ciekawość, a może poczucie, że natura zaczyna wymykać się spod ludzkiej kontroli?
– Zależało mi na ciekawości połączonej z lekkim niepokojem. Na początku natura jest piękna i znajoma, ale im dalej widz wchodzi w przestrzeń, tym bardziej zaczyna się zmieniać. Pojawiają się formy, które trudno jednoznacznie nazwać i nie do końca wiadomo, w co ten organizm się przekształci.
Jest w tym też refleksja nad naszą relacją z naturą. Jako ludzie bardzo mocno na nią wpływamy, zmieniamy ją, zanieczyszczamy i próbujemy kontrolować. Chciałam, żeby wraz z fascynacją pojawiało się pytanie, czy rzeczywiście mamy nad nią taką kontrolę, jak nam się wydaje.
– Stąd hasło projektu: „Nature Takes Over. Eventually (Natura w końcu przejmuje kontrolę)”?
– Tak. Człowiek ma ogromną potrzebę porządkowania natury, kontrolowania jej i dostosowywania do swoich potrzeb. Jednocześnie sami bardzo mocno ją zmieniamy, zanieczyszczamy i niszczymy całe ekosystemy. „Nature Takes Over. Eventually.” trochę odwraca tę perspektywę. Możemy mieć poczucie, że to my mamy kontrolę, ale jesteśmy tylko niewielką częścią znacznie większego systemu.
Natura istniała przed nami i będzie istnieć po nas. Może zmienić formę, przystosować się, zmutować, ale ostatecznie znajdzie sposób, żeby przetrwać.
– Przy realizacji scenografii współpracowała pani z Jasonem W. Shortem, Eternaluxe oraz wolontariuszami Greenpoint Film Festival. Jak duże znaczenie miała zespołowa praca przy projekcie, który w tak dużej części powstawał ręcznie i bezpośrednio w przestrzeni festiwalu?
– Ta współpraca była bardzo ważna, bo przy takiej skali projektu nie byłabym w stanie wykonać wszystkiego sama. Jason W. Short pomagał mi przy konstrukcji i instalacji kokonu oraz przy elementach konstrukcyjnych scenografii. Eternaluxe realizowało część form organicznych, a wolontariusze wykonali ogrom pracy przy przygotowaniu materiałów i instalacji.
Chciałabym też wspomnieć o Michelle Mayer, która wyrzeźbiła „The Mother” na podstawie mojego projektu. Była ze mną w kontakcie podczas całego procesu, konsultowałyśmy formę i wspólnie podejmowałyśmy decyzje dotyczące jej wykonania.
Duża część scenografii powstawała bezpośrednio w przestrzeni, więc mimo że miałam określoną koncepcję i kierunek wizualny, wiele rozwiązań trzeba było wypracowywać na miejscu. Każda z tych osób pomogła mi przełożyć tę koncepcję na fizyczną przestrzeń.
CZYTAJ TEŻ: Fotografuje zmiany na Greenpoincie. „Coraz trudniej jest sobie pozwolić na to, by tu zostać”
– Jest pani artystką multidyscyplinarną, fotografką i production designer. Czy przy tym projekcie bardziej myślała pani jak scenograf, artystka tworząca instalację, czy może fotografka?
– Myślę, że wszystkie te role trochę się tutaj połączyły. Jako scenograf myślałam o całej przestrzeni i o tym, jak prowadzić widza przez jedną historię. Jako artystka mogłam pozwolić sobie na większą abstrakcję i tworzenie form, które nie muszą mieć jednoznacznego znaczenia. A fotografka we mnie cały czas myślała o kompozycji, świetle, fakturze i o tym, jak przestrzeń zmienia się w zależności od miejsca, z którego na nią patrzymy. Miałam też dużą swobodę artystyczną, za co jestem bardzo wdzięczna. Mogłam potraktować scenografię festiwalu bardziej jak instalację i stworzyć własny język wizualny dla „Unbound”. Chyba właśnie to najbardziej lubię w production design, że mogę połączyć wszystkie te sposoby myślenia w jednym projekcie.
– Greenpoint Film Festival jest festiwalem filmowym, ale w tym roku sama przestrzeń stała się niemal osobnym bohaterem wydarzenia.
Myślę, że scenografia może zacząć opowiadać historię jeszcze zanim widz usiądzie przed ekranem. Zależało mi na tym, żeby wejście do budynku było już początkiem doświadczenia, a nie tylko drogą do sali kinowej.
Widz przechodził przez kolejne przestrzenie, odkrywał nowe formy i stopniowo wchodził w świat „Unbound”. Chciałam, żeby na chwilę mógł oderwać się od codzienności i zanurzyć w innym świecie, podobnie jak dzieje się to podczas oglądania filmu. Dla mnie właśnie na tym polega siła scenografii. Może zmienić nie tylko to, jak przestrzeń wygląda, ale też to, jak się w niej czujemy.
– Po zakończeniu festiwalu, kiedy patrzy pani na ten projekt, który element scenografii uważa pani za najbardziej udany i czy efekt końcowy był taki, jaki wyobrażała sobie pani na początku pracy?
– Trudno mi wskazać jeden element. „The Cocoon” daje mi ogromną satysfakcję, ponieważ jest najbliższy temu, co wyobraziłam sobie na samym początku. Kiedy patrzę na gotową instalację, widzę właściwie mój pierwotny projekt przeniesiony w przestrzeń. Najbardziej osobiście związana jestem jednak chyba z „Ascension”, czyli klatką schodową, oraz „The Living Wall” przy wejściu, ponieważ te elementy rozwijały się bezpośrednio podczas pracy w przestrzeni. Układałam ręcznie wycinane fragmenty bukszpanu jak elementy większej kompozycji. Na ścianie przy wejściu chciałam stworzyć wrażenie ruchu, jakby powierzchnia zaczynała żyć i pełzać, a na schodach zależało mi na czymś bardziej niepokojącym, na formach, które wspinają się po architekturze. Całość ewoluowała podczas realizacji, ale kiedy patrzę na gotowy projekt, najważniejsze jest dla mnie to, że wszystkie te elementy tworzą jedną historię. Natura rzeczywiście wydaje się przemieszczać przez budynek, zmieniać formę i stopniowo go przejmować.
Rozmawiała Agata Drogowska