„Super Express”: - Co było dla ciebie impulsem do wejścia w świat maratonów?
Urszula Musik: - Nie było tu żadnego impulsu, bo ze sportem jestem związana od dziecka. Zawsze byłam ruchliwa i aktywna. W wieku zaledwie 4 lat rozpoczęłam zajęcia w kółku tanecznym i od pierwszych chwili pokochałam taniec. W tym samym czasie rozpoczęłam też naukę jazdy na nartach. Nie trzeba mnie było do sportu namawiać, bo sama się do niego garnęłam, ale ogromną inspiracją był także mój tato, który też był całe życie związany ze sportem, zawodowo podnosił ciężary. Jakby naturalnym następstwem tego wszystkiego był wybór szkoły podstawowej o profilu sportowym. A tam biegałam na krótkie dystanse, czyli na 100 i 400 metrów i byłam w tym najlepsza. Grałam też w siatkówkę i pływałam.
- Potem przyszedł czas na maratony. Jak wyglądał twój pierwszy tak długi bieg?
- Moim pierwszym maratonem był oczywiście maraton nowojorski. A myśl o tym, że chciałabym go przebiec pojawiła się w 2017 roku, kiedy kibicowałam na trasie koledze. Stwierdziłam, że sprawdzę czy podołam takiemu wyzwaniu. Zaczęłam zgłębiać temat. Wskazówki do treningów ściągnęłam z internetu. Nie miałam za bardzo pojęcia na temat biegania na długie dystanse, na temat dobrych butów, odpowiedniego ubioru, odżywiania się. Niestety w szkole w tamtych czasach nas tego nie uczono.
Pierwszym moim dłuższym biegiem był bieg 5K (5 kilometrów), a potem półmaraton, który przebiegłam w pierwszych lepszych trampkach, jakie miałam pod ręką. Wszystko się udało i byłam pewna, że dam radę przebiec cały maraton.
Trafiłam na polonijny klub biegaczy Polska Running Team. Poznałam Artura Tyszuka, który jest moim trenerem. Biegacze z klubu udzielili mi dużo cennych wskazówek jak najlepiej przygotowywać się do maratonu. I w ten sposób w 2018 roku stanęłam na starcie nowojorskiego maratonu. Niewątpliwie było to ogromne przeżycie. Kibicowali mi moi rodzice, którzy specjalnie z tej okazji przylecieli z Polski.
Pamiętam niemalże całą trasę, ale najbardziej zapamiętałam spotkanie z tatą na 10 mili. Ze łzami w oczach powiedział mi „córeczko, baw się dobrze!”. To był wzruszający moment. Do dnia dzisiejszego to zdanie jest moim maratonowym motto.
Tato też udzielał mi ostatnich ważnych wskazówek, jak chociażby tej o węglowodanach, których zawsze jadłam mało, bo nie lubię. Tymczasem przed takim wysiłkiem fizycznym wręcz powinno opychać się chlebem czy makaronem. Zapytałam go co mam zrobić, a on powiedział: „Jeżeli tego nie robiłaś w trakcie treningów, to lepiej, żebyś tego teraz nie robiła, bo nie wiadomo jak się zachowa twój organizm". Posłuchałam go i bardzo dobrze mi się biegło. Na mecie pani wręczająca mi medal zapytała czy ja faktycznie biegłam, bo nawet spocona nie byłam. Uzyskałam też dość dobry czas - 4:07 i od razu postanowiłam, że kolejny maraton muszę przebiec w czasie poniżej 4 godzin. Tak się stało cztery miesiące później w Krakowie.
Każdy maraton biegnę z jakąś intencją, zwykle za kogoś. Biegnę za tych, co nie mogą nie tylko biegać, ale zmagają się z życiowymi problemami.
- Biegasz też na znacznie dłuższych dystansach niż maratony.
- Przebiegłam do tej pory cztery ultramaratony. Największym wyzwaniem był dla mnie bieg na dystansie stu mil, czyli około 160 kilometrów, który ukończyłam w kwietniu 2021 roku na pograniczu stanów Maryland i Wirginia. Pokonanie tego dystansu zajęło mi 25 godzin i do dziś jest to najdłuższy bieg, jaki ukończyłam. W ultramaratonie po pewnym czasie przestają biec nogi, biegnie przede wszystkim głowa. To właśnie siła psychiki decyduje o tym, czy dotrzesz do mety. Dla mnie najtrudniejszym momentem była noc. Padał deszcz, organizm domagał się snu, a zmęczenie narastało z każdym kolejnym kilometrem. W takich chwilach trzeba po prostu iść do przodu i nie myśleć o tym, ile jeszcze zostało do końca. Mimo wszystko bardzo dobrze wspominam ten bieg. Nie jestem osobą, która skupia się wyłącznie na ultramaratonach, ale cieszę się, że podjęłam to wyzwanie. Kto wie, może kiedyś jeszcze je powtórzę.
- Jakie emocje towarzyszą ci na najdłuższych dystansach? Momenty kryzysu mieszają się z momentami euforii?
- Każdy bieg jest dla mnie formą medytacji, rozmyślań o moim życiu i szukaniem rozwiązań problemów. O dziwo, bardzo często właśnie podczas biegu przychodzą mi do głowy najlepsze rozwiązania, jak również ciekawe pomysły.
Co do emocji, to przeżywa się chyba wszystkie możliwe. Są momenty ogromnej euforii, kiedy czujesz, że możesz biec bez końca, że ciało współpracuje z głową i wszystko układa się idealnie. Ale są też chwile kryzysu. Takie, kiedy boli każdy krok, organizm mówi „dość”, a w głowie pojawia się pytanie: „po co ja to robię?”. I właśnie wtedy zaczyna się prawdziwy maraton. Nie walczysz już z dystansem, tylko samą ze sobą. Z własnymi myślami, zmęczeniem i chęcią zatrzymania się.
Z biegiem lat nauczyłam się jednak, że każdy kryzys mija. Tak samo jak w życiu. Trzeba go przeczekać, zrobić jeszcze kilka kroków i zaufać, że za chwilę będzie lepiej. Tylko, że to też zależy od maratonu.
U mnie kryzysy najczęściej pojawiają się jak biegnę podczas wysokich temperatur. Tak na przykład było na Arubie. Im chłodniej, tym łatwiej mi biec. Najpiękniejszy jest moment przekroczenia mety. Nie dlatego, że kończy się bieg, ale dlatego, że wiesz, ile kosztowało cię dotarcie do tego miejsca. Za każdym razem towarzyszy mi ogromna wdzięczność – za zdrowie, za to, że moje ciało nadal pozwala mi biegać, za ludzi, których spotykam na trasie, i za to, że mogę robić coś, co naprawdę kocham. Ta radość nie trwa tylko kilka minut po ukończeniu maratonu. Zostaje ze mną na długo. Każdy ukończony bieg przypomina mi, że nasze możliwości są znacznie większe, niż nam się wydaje, jeśli tylko nie poddamy się w chwili największego kryzysu.
- Jak przygotowujesz się mentalnie do zawodów trwających wiele godzin?
- W tym momencie to już dla mnie rutyna, bo przebiegłam ponad 40 maratonów. Ale zgodnie z tym co mi powtarzał mój tato, moim maratonowym motto jest to, żeby dobrze się bawić. Najważniejsza jest głowa - jak w niej się dobrze poukłada, to można wiele osiągnąć. Mnie zwykle bardziej niepokoi logistyka, bo różnie bywa z organizacją. Ważne jest, aby się odpowiednio spakować, żeby podczas podróży nie zginął bagaż i żeby na miejscu wszystko szło zgodnie z planem, a to też nie zawsze się udaje, bo bardzo ważną rolę gra pogoda. Nierzadko maratony są odwoływane albo przekładane ze względu na warunki klimatyczne i to może być problemem. Tak na przykład było podczas zeszłorocznego maratonu w Afryce. W efekcie leciałam po raz drugi, aby zaliczyć Afrykę.
- Któryś z biegów był dla ciebie najbardziej przełomowy?
- Dla mnie bardzo ważny był Ice Marathon na Antarktydzie, który przebiegłam w grudniu 2025 roku. Był zwieńczeniem wyzwania, które sama sobie postawiłam, aby w ciągu 12 miesięcy przebiec siedem głównych światowych maratonów oraz maratony na wszystkich kontynentach. I to mi się udało. To był test ludzkiej wytrzymałości w ekstremalnych warunkach. Antarktyda to najbardziej nieprzewidywalny i surowy kontynent na Ziemi. Bieg w temperaturze sięgającej -30 C, wśród lodowych wiatrów, to coś, co wymaga nie tylko przygotowania fizycznego, ale też ogromnej determinacji. A jednak udowodniłam sobie i innym, że nawet najtrudniejsze cele są osiągalne, jeśli się w nie wierzy. Przed wyjazdem rządziły mną emocje, miałam wiele chwil zwątpienia, ale tuż przed wylotem przyszedł spokój, bo wiedziałam, że zrobiłam wszystko najlepiej jak potrafiłam.
Pod względem warunków atmosferycznych był to zdecydowanie najtrudniejszy maraton. Niskie temperatury, porywisty wiatr, śliska, niestabilna nawierzchnia i wszędzie oślepiająca biel. Bieg w specjalnych warunkach, w specjalnym sprzęcie. Tam nie było miejsca na błędy. Każdy krok wymagał koncentracji.
Po przekroczeniu mety nie poczułam euforii, jakiej można by się spodziewać. Raczej głębokie wzruszenie i ogromną ulgę. Zupełnie mnie odcięło od rzeczywistości. Miałam wrażenie, że głowa oderwała się od ciała. Nie wiedziałam, czy biegnę, czy idę. Jak na statku, jak przy silnej chorobie lokomocyjnej. Dobiegłam, wzięłam flagę, stanęłam i nie czułam nóg. Wszystko wirowało. To było intensywne doświadczenie z pogranicza snu i rzeczywistości. Pierwsze tak silne w życiu. Stałam na lodzie, kompletnie wyczerpana, z twarzą zdrętwiałą od mrozu, i poczułam, że właśnie domknął się pewien rozdział mojego życia. Przez kilka minut po prostu stałam i patrzyłam przed siebie. Potem się rozpłakałam. Było we mnie bardzo dużo emocji: duma, wdzięczność, niedowierzanie. I cisza. Antarktyda uczy pokory.
- Jak udaje ci się łączyć pracę pielęgniarki z intensywnymi treningami?
– Wszystko opiera się na dobrej organizacji. Praca pielęgniarki jest wymagająca zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Bywały dni, kiedy wracałam do domu bardzo zmęczona, ale nauczyłam się, że jeśli naprawdę na czymś nam zależy, zawsze znajdziemy na to czas. Nie zawsze trening jest długi i nie zawsze jest idealny, ale staram się zachować regularność. Bieganie jest dla mnie tak samo ważne jak praca, bo daje mi równowagę. Dzięki niemu oczyszczam głowę po trudnych dniach, rozładowuję emocje i nabieram sił na kolejne dni. Myślę, że jedno pomaga mi wykonywać drugie. Obecnie chwilowo nie pracuję w szpitalu, tylko postawiłam na dalszą edukację i studiuję pielęgniarstwo ukierunkowane na zdrowie psychiczne. Zawsze było to dla mnie ważne, a zwłaszcza w ostatnich latach, kiedy widzę jak wielu młodych ludzi nie radzi sobie w dzisiejszych świecie. To im najbardziej chcę pomagać. Tak więc na dzień dzisiejszy studiuję, rozwijam swój biznes i biegam. Wszystko to udaje mi się pogodzić, bo to kwestia organizacji. A jeżeli chodzi o mój biznes, to w Polsce skończyłam kosmetologię i tym się na co dzień zajmuję.
- Czy doświadczenie z pracy medycznej pomaga ci w dbaniu o własne zdrowie jako sportowca?
– Oczywiście, że pomaga. Już podczas studiów kosmetologicznych bardzo dużo uczyliśmy się o zdrowym stylu życia, prawidłowym odżywianiu i profilaktyce. To były tematy, które interesowały mnie od zawsze, a później jeszcze bardziej pogłębiłam tę wiedzę, studiując pielęgniarstwo i pracując z pacjentami.
Każdego dnia widzę, jak ogromny wpływ na nasze zdrowie mają codzienne wybory – sposób odżywiania, aktywność fizyczna, regeneracja czy umiejętność radzenia sobie ze stresem. Ta świadomość pomaga mi również jako biegaczce.
Staram się słuchać swojego organizmu, dbać o odpowiednią regenerację i nie lekceważyć sygnałów, które mi wysyła. Zawsze powtarzam, że aby móc dobrze opiekować się innymi, najpierw trzeba zadbać o siebie. Dotyczy to zarówno pracy pielęgniarki, jak i sportu. Jeśli ja nie będę zdrowa, silna i sprawna, nie będę mogła pomagać ani swoim pacjentom, ani realizować własnych pasji. Myślę, że właśnie dlatego oba te światy tak dobrze się u mnie uzupełniają.
- Co jest dla ciebie najtrudniejsze, a co najpiękniejsze w życiu Polki w Nowym Jorku?
- Trudne są momenty, z którymi każdy musi sobie radzić. W Nowym Jorku zbudowałam swój biznes, mam wiele lojalnych klientek, cały czas się kształcę, mam sprawdzone grono wspaniałych przyjaciół, mnóstwo świetnych znajomych, udzielam się w społeczności polonijnej i nie tylko. Robię wszystko, aby moje życie było satysfakcjonujące i to jest najpiękniejsze.
- Czy czujesz wsparcie polskiej społeczności w USA w swojej sportowej drodze?
- Bardzo. Spotykam się z ogromną życzliwością i niejednokrotnie słyszę, że jestem dla kogoś inspiracją. To dla mnie ogromna nagroda. Jestem też prezesem klubu biegaczy Polska Running Team i dzięki temu mogę promować bieganie na wielu płaszczyznach.
- Jak wygląda twój typowy tydzień treningowy?
- Nie mam typowej rozpiski. Każdego dnia musi być zrobiony trening - czy to jest kilka kilometrów biegu, trening na siłowni czy basen.
- Jak dbasz o regenerację przy tak dużych obciążeniach?
- Wsłuchuję się we własne ciało i daję mu to, o co prosi. Ważny jest przede wszystkim sen. No i oczywiście odpowiednie odżywianie i nawodnienie.
- Jakie błędy najczęściej popełniają początkujący biegacze?
- Najczęstszym błędem jest chęć osiągnięcia zbyt wiele w zbyt krótkim czasie. Początkujący biegacze często zaczynają zbyt szybko, zbyt intensywnie i zapominają o regeneracji. Organizm potrzebuje czasu, żeby przyzwyczaić się do wysiłku. Drugim błędem jest porównywanie się z innymi. Każdy z nas ma inne możliwości i powinien biegać przede wszystkim dla siebie. Najważniejsze są cierpliwość, systematyczność i czerpanie radości z biegania, bo tylko wtedy ta pasja zostaje z nami na lata.
- Co daje ci największą motywację do dalszego rozwoju?
- Kolejne cele i wyzwania, które sobie stawiam. Ja po prostu chcę biegać, chcę się ciągle kształcić, rozwijać biznes. Nie potrzeba mi specjalnej motywacji.
- Jakie cele sportowe stawiasz sobie na najbliższe lata?
- Chciałabym wziąć udział w Ironmanie, czyli zawodach triatlonowych. Już nad tym pracuję. Kolejnym wyzwaniem jest Everest Marathon, czyli najwyższy bieg na świecie, całość przewyższeń wynosi 2777 metrów w górę i 4579 metrów w dół.
- Co byś powiedziała kobietom, które boją się zacząć przygodę z bieganiem?
- Powiedziałabym, żeby spróbowały. Niczego nie muszą sobie udowadniać.
Nie trzeba od razu myśleć o maratonie. Wystarczy wyjść z domu i zrobić pierwszy krok. Każdy kilometr kiedyś był dla kogoś pierwszym kilometrem. Jeśli bieganie sprawi im radość, będą chciały wracać do niego same. A jeśli nie, to przynajmniej będą wiedziały, że spróbowały.
- Jak wyobrażasz sobie swoją przyszłość, bardziej w sporcie czy w medycynie?
- Jedno drugiego nie wyklucza. Ze sportu nigdy nie zrezygnuję, ale jestem realistką, mam 43 lata i nawet nie jestem przekonana, że chcę budować jakąś profesjonalną karierę sportową. Natomiast na polu medycyny - bez względu na to czy pozostanę przy pielęgniarstwie czy zdecyduję się także na studia medyczne, będę mogła pracować dopóki sił mi wystarczy.
Rozmawiała Marta J. Rawicz