„Super Express”: - To pierwszy występ Teatru Gdańska w Chicago. Jakie emocje towarzyszą panu przed tym wydarzeniem?
Czesław Gołębiewski: - To dla mnie ogromne przeżycie. Kiedy w 2007 roku zaczynaliśmy nasz mały teatr przy restauracji w Oberhausen, trudno było sobie wyobrazić, że pewnego dnia pojedziemy z przedstawieniem za ocean. Jest radość, ciekawość, trochę tremy, ale przede wszystkim poczucie, że wydarzyło się coś bardzo ważnego w historii naszego teatru.
- Co dla pana oznacza możliwość zaprezentowania sztuki przed chicagowską Polonią, jedną z największych na świecie?
- To dla nas wielki zaszczyt. My również żyjemy poza Polską i wiemy, jak ważny może być kontakt z polskim językiem i kulturą. Przyjeżdżamy z Niemiec do Polaków mieszkających w Ameryce z polskim autorem i polskim teatrem. Dzielą nas tysiące kilometrów, a łączy język, kultura i podobne doświadczenie życia poza krajem. Chicago ma niezwykle silną polską tradycję i ogromną społeczność polonijną. Dla nas szczególnie interesujące jest spotkanie dwóch doświadczeń emigracyjnych – europejskiego i amerykańskiego.
- Jakie ma pan oczekiwania wobec chicagowskiej publiczności?
- Przede wszystkim liczę na spotkanie.
Chciałbym, żeby publiczność śmiała się razem z nami, ale też żeby po spektaklu została chwila na refleksję i rozmowę. Jestem bardzo ciekawy, jak Mrożek zabrzmi tutaj, w Chicago, i jak zostanie odebrany przez ludzi mających inne doświadczenia polonijne niż my w Niemczech.
- Czy liczy pan, że ten występ otworzy drogę do kolejnych pokazów w USA?
- Byłoby wspaniale, ale nie chcę wybiegać za daleko w przyszłość. Najpierw chcemy dobrze zagrać w Chicago, poznać ludzi i nawiązać kontakty. Teatr żyje ze spotkań. Jeżeli z tego spotkania narodzą się kolejne zaproszenia i współpraca, będziemy bardzo szczęśliwi.
- Co dla pana, jako właściciela miejsca, od którego wszystko się zaczęło, jest najbardziej wzruszające w tym wyjeździe?
- Chyba droga, którą przeszliśmy. Zaczynaliśmy od restauracji w Oberhausen, potem pojawiły się koncerty, wystawy, spotkania, teatr. Dzisiaj pakujemy dekoracje i jedziemy z naszym zespołem do Chicago. Najbardziej wzrusza mnie świadomość, że coś, co powstało z naszej potrzeby stworzenia polskiego miejsca w Niemczech, po tylu latach przekracza ocean.
- Restauracja „Gdańska” od lat jest kultowym miejscem Polonii w Oberhausen. Jak narodził się pomysł, by stała się również teatrem?
Od początku chcieliśmy, żeby Gdańska w Oberhausen, w Zagłębiu Ruhry w Niemczech, była czymś więcej niż restauracją. Oczywiście ważna była polska kuchnia i gościnność, ale równie ważna była dla nas kultura. Chcieliśmy stworzyć miejsce spotkań: Polaków i Niemców, artystów i publiczności, ludzi różnych pokoleń i środowisk. Organizowaliśmy koncerty, wystawy, spotkania literackie, aż w końcu pojawił się teatr. Kiedy powstał Teatr Gdańska, pierwszym przedstawieniem byli „Emigranci” Sławomira Mrożka. To był bardzo świadomy wybór, bo temat emigracji był nam osobiście bliski.
- Nazwa restauracji stała się nazwą teatru. To nieprzypadkowe?
- Nazwa „Gdańska” od początku była dla nas symbolem polskich korzeni, ale również otwartości na świat. Dzisiaj pod tą samą nazwą działa restauracja, scena teatralna i miejsce kultury. Kiedy słyszę „Teatr Gdańska”, czuję satysfakcję, że z miejsca, które zaczynało jako restauracja, wyrosło coś znacznie większego.
- Czy od początku czuł pan, że „Gdańska” będzie miejscem nie tylko kulinarnym, ale też artystycznym?
- Tak, chociaż na początku nie wiedzieliśmy jeszcze, jak daleko to się rozwinie. Bardzo szybko okazało się, że ludzie potrzebują miejsca, gdzie można nie tylko zjeść i wypić piwo, ale też posłuchać muzyki, zobaczyć wystawę, spotkać ciekawych ludzi, porozmawiać o kulturze. Z czasem działalność artystyczna stała się częścią tożsamości Gdańskiej.
- Jak wyglądały początki teatru przy restauracji?
- Zaczynaliśmy bardzo skromnie, ale z ogromnym entuzjazmem. Pierwszą premierą byli „Emigranci” Mrożka, wystawieni w dwóch językach – po polsku i po niemiecku. To właściwie od początku określiło charakter naszego teatru: polskie korzenie, ale jednocześnie dialog z niemieckim otoczeniem. Z czasem stworzyliśmy prawdziwą, kameralną scenę z profesjonalnym światłem i nagłośnieniem. Dzisiaj odbywają się tam spektakle, koncerty, spotkania literackie i inne wydarzenia.
- Co wyróżnia Teatr Gdańska na tle innych polonijnych inicjatyw kulturalnych w Niemczech?
- Myślę, że przede wszystkim jego codzienne zakorzenienie w życiu miasta. Nie jesteśmy teatrem, który pojawia się tylko przy okazji jednego festiwalu czy święta. Gdańska działa przez cały rok i jest miejscem spotkania kultury polskiej i niemieckiej. Na naszej scenie występują artyści polscy, niemieccy i międzynarodowi. Ważne jest dla nas nie tylko pielęgnowanie polskości, ale również budowanie mostów.
- Jakie wartości chce pan przekazywać poprzez działalność teatru?
Najważniejsze są dla mnie otwartość, wolność, szacunek dla drugiego człowieka i pamięć o własnych korzeniach. Gdańsk kojarzy mi się także z wolnością i dialogiem. Jest jeszcze jedna wartość: gościnność. Chciałbym, żeby człowiek wchodzący do Gdańskiej, niezależnie od tego, skąd pochodzi i jakim językiem mówi, czuł się mile widziany. Teatr jest doskonałym miejscem do takiego spotkania.
- Przyjeżdżacie do Chicago ze spektaklem „Na pełnym morzu”. Dlaczego zdecydowaliście się wystawić właśnie Mrożka i właśnie tę komedię?
- Mrożek jest nam szczególnie bliski, przecież właśnie jego „Emigranci” byli pierwszym spektaklem Teatru Gdańska. Na pełnym morzu” jest sztuką bardzo zabawną, ale pod komediową formą kryje się poważne pytanie o człowieka, władzę i mechanizmy podejmowania decyzji. Mrożek pisał o konkretnych czasach, a jednak jego tekst pozostaje zaskakująco uniwersalny.
- Co według pana jest najważniejszym przesłaniem „Na pełnym morzu”?
Dla mnie to przede wszystkim opowieść o tym, jak łatwo można manipulować człowiekiem i jak piękne słowa, argumenty czy pozornie demokratyczne procedury mogą służyć silniejszym. Mrożek pokazuje to poprzez absurd i humor. Publiczność się śmieje, ale po chwili zaczyna się zastanawiać, z czego właściwie się śmiała. I właśnie to jest siłą tej sztuki.
- Jak pan ocenia pracę zespołu nad tą sztuką. Czy jest w niej coś wyjątkowego, co szczególnie pana porusza?
- Najbardziej cenię to, że nie próbujemy robić z Mrożka muzeum. Chcemy, żeby jego tekst żył i przemawiał do dzisiejszej publiczności. W tym spektaklu ważny jest zespół – rytm, wzajemne słuchanie się aktorów, humor, ale również momenty, kiedy śmiech nagle przestaje być tylko śmiechem. To właśnie ta przemiana szczególnie mnie porusza.
- Jak chciałby pan zaprosić chicagowską publiczność na wasz spektakl?
- Przyjdźcie do nas na Mrożka, przywozimy do Chicago kawałek naszej Gdańskiej, polski język i dużo humoru.
Rozmawiała Marta J. Rawicz