Legenda jazzu zachwycona polską wokalistką. „Miałam ciary na plecach”

Urszula Dudziak zajrzała na Greenpoint Jazz Festival, co było dla wielu osób wspaniałą niespodzianką. Wybitna polska wokalistka jazzowa zasiadła wśród publiczności, by razem z nią posłuchać m.in. Agi Zaryan. Jak sama zdradziła w rozmowie z „Super Expressem”, kiedy usłyszała, że na Greenpoincie odbywa się festiwal jazzowy i wystąpi na nim Zaryan, „przyleciała tam jak na skrzydłach i z wielką przyjemnością”. Podzieliła się z nami również wrażeniami z Greenpointu, który przez wiele lat był bliski jej sercu i który odwiedziła w związku z nowym projektem.

Urszula Dudziak zawitała na kilka dni do Nowego Jorku, szczęśliwie akurat tuż przed trzecią edycją Greenpoint Jazz Festival. Słynna artystka nie kryła zachwytu nad koncertem, którego gwiazdą była Aga Zaryan. W rozmowie z reporterem „Super Expressu” bardzo wysoko oceniła zarówno wokal artystki, jak i przygotowany przez nią repertuar oraz aranżacje.

Koncert Agi był niezwykły. Ta dziewczyna naprawdę dała niesamowitego czadu. Śpiewała pięknie, poruszała się wspaniale

– powiedziała Dudziak. Jak zdradziła, usłyszała również od Zaryan, że ta inspirowała się jej twórczością.

Podziwiałam ją i słyszałam, że troszeczkę mnie naśladowała w niektórych momentach, co jest piękne, jestem z tego dumna. Zresztą ona mi powiedziała, że miałam na nią duży wpływ

– dodała. Duże wrażenie zrobił na niej repertuar koncertu, w tym wykonanie utworu Tiny Turner.

Piękny repertuar, aranże wspaniałe. „Private dancer” mnie po prostu powalił

– stwierdziła. Doceniła również muzyków towarzyszących Zaryan, a szczególnie pianistę i aranżera Michała Tokaja.

Urszula Dudziak nie ukrywała, że występ wywołał u niej wyjątkowo silne emocje.

Przyznam się, że nie jest mi łatwo zaimponować, ale powiem, że dzisiejszy koncert...to miałam ciary po prostu na plecach

– oceniła, by zaraz potem nazwać Zaryan „ozdobą naszej kultury jazzu”.

Jest taką naszą perełką, wspaniałą, piękną. I bardzo mi się też spodobało, że Aga powiedziała na scenie ile ma lat, bo my kobiety, mamy taki kobiecy stereotyp, że się boimy przyznać do wieku, a ona jest z tego dumna. Nosi, podobnie jak ja, swój wiek jak koronę i to jest piękne

– stwierdziła z uśmiechem, stwierdzając na koniec:

Najwyższa klasa, wspaniała wokalistka, jestem z niej bardzo dumna.

W poszukiwaniu śladów dawnego polskiego Greenpointu

Koncert Agi Zaryan nie był głównym powodem wizyty Dudziak w Nowym Jorku. Artystka uczestniczy w projekcie filmowym poświęconym historii Greenpointu.

Ale kiedy dowiedziałam się, że odbywa się festiwal jazzowy na Greenpoincie i występuje Aga, to przyleciałam tam jak na skrzydłach i z wielką przyjemnością

– zdradziła nam. Przyznała, że wizyta w tej części Brooklynu miała dla niej wymiar sentymentalny. Artystka wspominała swój przyjazd do Stanów Zjednoczonych w 1973 roku, pierwsze lata spędzone w Nowym Jorku i wizyty na Greenpoincie, który był dla niej wyjątkowo ważny. Dziś, jak przyznała, nie odnalazła już wielu śladów tamtego miejsca.

Muszę się przyznać, Greenpoint trochę mnie rozczarował. Aczkolwiek byłam na to trochę przygotowana, bo Greenpoint przestaje być polskim miejscem

– powiedziała nam Dudziak. Przyznała, że szukała polskich napisów, „sklepów z ukochanymi kiełbaskami, szyneczkami” i miejsc, które pamiętała z przeszłości, ale bez powodzenia.

Nie ma już tego tyle co kiedyś. Szkoda, bo Greenpoint w takiej szacie za którą tęsknię, był dla mnie ucieczka, koił, leczył moją tęsknotę za Polską

– zdradziła.

Kiedy przyjechałam tutaj z Urbaniakiem w 1973 roku, pierwszy okres oswajania się z tą rzeczywistością, szczególnie nowojorską, był bardzo trudny. Bardzo tęskniłam za Polską, za Zieloną Górą, w której się wychowałam, za moimi rodzicami, za przyjaciółmi. Bardzo, bardzo tęskniliśmy i często jeździłam na Greenpoint, żeby się poczuć jak w domu. Tylko jest takie piękne powiedzenie, że „jeżeli przekroczysz raz ocean, to później zawsze będziesz po niewłaściwej stronie”

– wyjaśniła nam.

Zapytana o to, czy możemy spodziewać się jej udziału w Paradzie Pułaskiego, która przemaszeruje przez Manhattan 4 października, odparła z żalem, że niestety w piątek 2 października wraca do Polski, gdzie już w weekend ma koncerty. Wspominała jednak przy okazji emocje związane z jej pierwszą Paradą Pułaskiego, którą zobaczyła jesienią 1973 roku. Szczególnie zapamiętała moment, gdy na ulicach pojawiły się polskie harcerki.

Ja wtedy po prostu tak płakałam, siedziałam na bruku i płakałam, a Urbaniak stał koło mnie i nie wiedział co robić. Mówił do mnie „Co ty wyprawiasz? Uspokój się, dziewczyno!”. Zawsze mi powtarzał: „Nie przyjechaliśmy tutaj na wakacje, tylko żeby coś stworzyć wartościowego." I tak mnie czasami strofował właśnie, kiedy ja tak przeżywałam, kiedy tak strasznie tęskniłam za Polską. To było dla mnie rozdzierające serce

– zdradziła Dudziak. Przywołała też historię, gdy 11 września 1973 roku jechali z Urbaniakiem z lotniska JFK na Manhattan taksówką, którą kierował jugosłowiański kierowca.

Zapytał nas: „ jak długo macie zamiar tutaj zostać?”. Oczywiście Urbaniak mnie cały czas oszukiwał, bo mówił mi tylko, że parę miesięcy, a miał już pewnie na myśli, że spędzimy tutaj, co najmniej parę lat, albo pozostaniemy na zawsze. I mówi Urbaniak temu kierowcy: „A, to tak na parę miesięcy.” A ten kierowca mówi: „Jak będziecie mieszkali w Nowym Jorku więcej jak 9 miesięcy, to tak jakby wam się urodziło dziecko i już z wami zostanie na zawsze"

– opowiedziała Urszula Dudziak.

„Jazz, to jest przede wszystkim wolność”

Dudziak została również zapytana o różnice między jazzem amerykańskim a europejskim. Podkreśliła, że nie chodzi jej o wartościowanie obu tradycji, lecz o wskazanie ich odmiennych cech.

Jazz pochodzi stąd, z tego kraju. I to się charakteryzuje specyficznym timingiem i takim poczuciem wolności i to na olbrzymią skalę. Wolności w sensie kreacji. Amerykańscy muzycy, począwszy od Parkera, Coltrane-a, Milesa Davisa, wokalistki, Elli Fitzgerald, Sarah Vaughan, Carmen McRae i tak dalej. To po prostu to jest esencja jazzu. Ale europejski jazz jest inny. Jest bardziej wysublimowany, moim zdaniem. Jest taki bardziej eksperymentujący

– wyjaśniła.

Nie zgodziła się przy tym z sugestią, że europejscy muzycy mogliby mieć kompleks wobec amerykańskich.

My, to znaczy Europejczycy, jesteśmy dumni z jazzu europejskiego i podziwiamy jazz amerykański. Tak to mogę powiedzieć. Nie czujemy się gorszymi, my jesteśmy po prostu inni. My mamy, ci prawdziwi europejscy jazzmani mają ten rewelacyjny timing, mają tego „czuja” takiego, powiedziałabym, afroamerykańskiego, bo to jest podstawa. Jeżeli tego nie ma, to nie ma o czym mówić

– powiedziała artystka.

Ładnie Urbaniak kiedyś powiedział, że „ jazz is a state of mind in rhythm.” To jest bardzo piękne. Europejski jazz, i amerykański jazz, to jest przede wszystkim wolność. To jest esencja tej muzyki. Nie ma co rozważać o kompleksach, tylko o tym, co jest ważniejsze, co jest prawdziwsze. Najważniejsze, żeby grać tę muzykę jak najwięcej, żeby powstawało jak najwięcej klubów, jak najwięcej festiwal, Żeby jak najwięcej amerykańskich muzyków przyjeżdżało do Europy i jak najwięcej europejskich muzyków wyjeżdżało grać do Stanów

– dodała na koniec.