„Super Express”: - Tamara de Lempicka to ikoniczna postać w historii sztuki. Co przyciągnęło cię do jej historii?
Julie Rubio: - Najpierw przyciągnęła mnie sama twórczość Tamary, było w niej coś niezwykle silnego, zmysłowego i bezkompromisowego. Ale to jej życie zostało ze mną na dłużej. Gdy zaczęłam odkrywać je głębiej, zrozumiałam, że jej historia nie została w pełni opowiedziana. Były w niej luki, nieporozumienia i pomijane fakty. Jako reżyserka poczułam odpowiedzialność i pewnego rodzaju powołanie, by stworzyć pełniejszy i bardziej uczciwy portret tego, kim naprawdę była.
- Twój film pokazuje zarówno jej sztukę, jak i życie prywatne. Który aspekt był najważniejszy?
- To było dla mnie kluczowe, by uhonorować oba te aspekty, ponieważ są nierozerwalne. Jej sztuka jest niezwykła, ale głęboko zakorzeniona w jej doświadczeniach, tożsamości, ciągłym redefiniowaniu siebie i walce o przetrwanie. Gdybym musiała wybrać jedno, powiedziałabym: jej siła. Nie tylko tworzyła piękno, ona tworzyła samą siebie, raz po raz, mimo ogromnych przeciwności.
- Tamara żyła w burzliwych czasach historycznych. Jak wpłynęło to na narrację filmu?
Jej życie toczyło się na tle rewolucji, emigracji, wojny i przesiedleń. To nie były tylko historyczne detale, to były siły, które ją ukształtowały. Film w dużej mierze opowiada o przetrwaniu. Zrozumienie świata, w którym żyła, pozwala lepiej pojąć odwagę, ambicję i śmiałość jej wyborów oraz twórczości.
- Poświęciłaś tej artystce wiele dni badań. Co najbardziej cię zaskoczyło podczas researchu?
- Odkrycie jej prawdziwego nazwiska, Tamara Rosa Hurwitz, oraz faktycznej daty urodzenia było ogromnym zaskoczeniem. To zmieniło wszystko. Pokazało, jak bardzo jej tożsamość była skonstruowana i dlaczego. To nie była próżność, to była strategia przetrwania.
- Czy można Łempicką uznać ją za prekursorkę influencerów?
Zdecydowanie tak. Tamara rozumiała siłę wizerunku i narracji na długo przed erą cyfrową. Kreowała swoje życie równie świadomie jak sztukę. Była pionierką budowania marki osobistej, ale robiła to z głębią i intencją, której często dziś brakuje.
- Szalenie ciekawa postać, piękny film. Jak wyglądała praca nad tym obrazem?
- Duża część filmu powstała w czasie pandemii Covid, gdy świat był zamknięty. Czasem reżyserowałam zdalnie przez Zooma, to było zupełnie nowe doświadczenie. A jednak mimo dystansu było ono niezwykle intensywne i emocjonalne. W tym czasie doświadczyłam ogromnej osobistej straty, straciłam mamę i najlepszą przyjaciółkę. Były momenty, gdy wszystko wydawało się przytłaczające i zadawałam sobie pytanie: po co tworzymy sztukę? Wtedy pomyślałam o Tamarze, o tym, przez co przeszła i jak potrafiła zamienić ból w coś pięknego. I wtedy zrozumiałam: tworzymy właśnie dlatego, że boli. Ten film jest częścią tej drogi. Dedykuję go mojej mamie i przyjaciółce.
- Okoliczności były zatem szczególne. A czy były trudności przy realizacji filmu?
- Tak, wiele. Jedną z największych było oddzielenie faktów od mitów, które przez lata narosły wokół jej postaci. Opowiadanie prawdziwej historii to ogromna odpowiedzialność, zwłaszcza tak złożonej osoby.
- Jak reaguje publiczność?
- Reakcje są bardzo poruszające. Widzowie łączą się nie tylko z jej sztuką, ale też z jej człowieczeństwem. Mamy wyprzedane pokazy, owacje na stojąco i bardzo osobiste rozmowy po seansach.
- Dlaczego jej historia wciąż rezonuje?
Bo dotyczy tożsamości, przemiany i siły. Tematów niezwykle aktualnych. Tamara łamała schematy i żyła na własnych zasadach. To nadal inspiruje.
- Co widzowie powinni wynieść z filmu?
Mam nadzieję, że poczują inspirację, by być odważnymi, być sobą i pamiętać, że zmiana jest możliwa. I że spojrzą na Tamarę nie tylko jak na artystkę, ale jak na kobietę o ogromnej odwadze.
- Pospekulujmy, co ona sama powiedziałaby dziś o tym filmie?
- Myślę, że doceniłaby to, że szukaliśmy prawdy i pokazaliśmy złożoność jej życia. I znając ją, cieszyłaby się, że wciąż fascynuje i prowokuje do rozmów.
Rozmawiała Agata Drogowska