- Jak odczuwacie skutki tego, co dzieje się na Bliskim Wschodzie?
- Skutki wojny są odczuwane nie tylko w Dubaju czy Katarze, ale także w Australii, Afryce i niemal w całej Azji. Tysiące osób utknęły na lotniskach bez możliwości powrotu do Europy, Polski, Włoch i innych krajów. Bliski Wschód to jeden z największych hubów przesiadkowych dla linii lotniczych w tej części świata. Warto pamiętać, że zdecydowana większość pasażerów tylko się przesiada na Bliskim Wschodzie i po 2-3 godzinach leci dalej. Ze względu na zamkniętą przestrzeń powietrzną wielu turystów nie miało jak wrócić do swoich krajów, mimo że nie przebywali w rejonach uznawanych za niebezpieczne.
Problemy z powrotami do domu dotknęły turystów w Europie, Azji, Australii… Niektórzy z tych ludzi mieszkają w Australii czy Azji i chcą wrócić do siebie. Trudności z powrotami dotyczą mieszkańców trzech kontynentów.
My również doświadczyliśmy tej sytuacji przy powrocie naszych grup z Singapuru i Australii do Polski. Grupa, która kończyła zwiedzanie w Singapurze, miała wracać 3 marca, ale wszystkie loty, na które mieliśmy wykupione bilety powrotne na linie Qatar, zostały odwołane. Próbowaliśmy wysłać grupę innymi liniami przez Chiny, Japonię lub inne kierunki omijające Bliski Wschód, ale był to szczyt sezonu turystycznego w Azji i dostępność miejsc w samolotach w kierunku Europy była minimalna. Pojedyncze bilety, które udawało się zdobyć, kosztowały horrendalne kwoty, dochodzące nawet do 80 tys. złotych za jeden bilet powrotny.
Wpadliśmy na szalony pomysł, aby wysłać grupę do domu dookoła świata przez USA i Kanadę, ponieważ wówczas były dostępne bilety w znacznie niższych cenach niż te oferowane przez linie lotnicze z przesiadkami w kierunku Europy i Polski.
Szybka decyzja: grupa wraca do Warszawy przez Amerykę, kupując pojedyncze bilety przez Kanadę lub USA. Nasza 30-osobowa grupa wracała z wycieczki po Malezji i Singapurze, trasą dookoła świata.
W Australii i Nowej Zelandii sytuacja była podobna. Grupa miała wylatywać z Sydney, oczywiście przez Katar, ale wszystkie loty tymi liniami zostały odwołane. Ostatecznie grupa poleciała z Sydney do Warszawy przez Los Angeles, gdzie przesiadka wynosiła 18 godzin. Zorganizowaliśmy zatem dla grupy całodniowe zwiedzanie Los Angeles, Hollywood, Beverly Hills i Santa Monica, dzięki czemu nie musieli spędzać tych godzin na lotnisku.
- Czy otrzymaliście jakąś pomoc z Polski ułatwiającą ludziom powrót do kraju?
- Oficjalnej pomocy nie mieliśmy żadnej. Bardzo miła pani konsul w Singapurze zadzwoniła do mnie i poinformowała, że jeśli potrzebujemy pomocy, to będą pomagać, ale na tym się skończyło. Nie mogli pomóc w żadnej konkretnej sprawie, ani ze zmianą biletów lotniczych, ani ze znalezieniem innych lotów do Polski, ani z noclegami. Ta pomoc ograniczyła się do kilku wskazówek, gdzie można znaleźć hotel.
- Prowadząc biznes od tylu lat, mieliście już do czynienia z podobną sytuacją?
- Raczej nie, zdarzały się różne sytuacje, jak zmiany w harmonogramie lotów, strajki pracowników lotnisk czy uszkodzenia samolotów. Jednak taka sytuacja, jak ta, zdarza się po raz pierwszy. Kryzys trwa od 28 lutego, czyli już dość długo, a niepewność co do tego, kiedy coś wreszcie zacznie latać, jest ogromna. Gdybyśmy trzymali tych turystów dalej w Singapurze czy Australii, nikt nie umiałby powiedzieć, czy wracaliby za dwa dni, czy za dwa miesiące.
- A słynne samoloty ewakuacyjne?
- Pojawiły się informacje, że będą polskie samoloty ewakuacyjne. Jako biuro zgłosiliśmy całą grupę na taki lot. Nasza grupa była zgłoszona w Australii, w razie gdyby pojawiła się możliwość skorzystania z samolotu ewakuacyjnego. Dzwoniono do nas, informując, że grupa najpierw musiałaby na własną rękę dolecieć z Sydney do Bangkoku, co kosztuje około $600-$800 na osobę. Zaproponowano dwa wyloty - albo 11 marca, albo 15 marca - a bilet powrotny na samolot ewakuacyjny był płatny już po dotarciu do Bangkoku, od 5 do 10 tys. złotych na osobę na powrót do kraju.
- Kiedy zgłaszaliście, że jesteście w potrzebie, to spodziewaliście się takiej sytuacji?
- Szczerze mówiąc, nie, ponieważ nigdy nie byliśmy w takiej sytuacji. Zawsze staraliśmy się sami znaleźć rozwiązanie. Po raz pierwszy zgłosiliśmy zapytanie o pomoc na powrót do Polski, ponieważ nie było wolnych biletów na inne linie, ale zawsze warto mieć jakąś „bramkę numer dwa”. Każde biuro podróży płaci ubezpieczenie, więc spodziewaliśmy się, że ta pomoc będzie bardziej po stronie państwa. Niestety, pomoc ta okazała się kosztowna.
- Czekając na pierwsze loty, jak radziliście sobie tam na miejscu?
- Z grupą w Singapurze 3 marca pojechaliśmy na lotnisko, gdzie okazało się, że samolotu nie ma. Linie lotnicze nie były w stanie zagwarantować noclegów, a to głównie dlatego, że w biurze na lotnisku nie było żadnego pracownika katarskich linii lotniczych. Po kilku godzinach wróciliśmy do hotelu, gdzie udało nam się prosić menadżerkę o dostęp do pokoi, które teoretycznie były zajęte. Spędziliśmy w hotelu dwie dodatkowe noce, szukając połączeń przez Stany Zjednoczone lub Kanadę. Ostatecznie grupa z Singapuru poleciała przez USA i Kanadę do Polski.
- Wojna, jak do tej pory, przynosi wam same straty.
- Może nie straty, ale przede wszystkim ogromne koszty. Linie lotnicze Qatar i Emirates obiecały zwrócić wszystkie poniesione koszty, jednak nikt nie wie, kiedy i w jakiej formie to nastąpi. Na pewno nie możemy winić ani nas jako biura, ani katarskich linii lotniczych. Przestrzeń powietrzna jest zamknięta. My zareagowaliśmy, wysyłając naszą grupę do domu tak szybko, jak to możliwe.
Teraz wracamy po nasze bagaże do Malezji i potem do domu. Nie wiemy, czy będzie to najkrótsza droga. Linie Qatar nadal mają zawieszone wszystkie loty w różnych kierunkach. Najważniejsze dla nas, że wszyscy nasi turyści bezpiecznie wrócili do domu, i to tylko z dwudniowym opóźnieniem z Singapuru oraz jednodniowym opóźnieniem z Australii. Dzięki podróży dookoła świata obie grupy przekraczały linie zmiany daty, cofając zegarki o jeden dzień, podobnie jak Phileas Fogg w swojej podróży dookoła świata.
- Bardzo dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Teodor Lisowski