Dla jednych jazda na rowerze jest sposobem na aktywny wypoczynek, dla innych sportowym wyzwaniem. Dla grupy Polaków z Hackensack, NJ, stała się czymś znacznie więcej, drogą do pogłębiania wiary, budowania przyjaźni i niesienia pomocy potrzebującym.
Każdego roku rowerzyści z grupy Mężczyźni św. Józefa wyruszają spod polskiej parafii św. Józefa w Hackensack, kierując się do Amerykańskiej Częstochowy w Doylestown w Pensylwanii. Pielgrzymka trwa trzy dni, od piątku do niedzieli. Uczestnicy pokonują kolejne kilometry niezależnie od zmęczenia i warunków pogodowych. Towarzyszą im modlitwa, różaniec oraz przekonanie, że wspólnie można osiągnąć znacznie więcej niż w pojedynkę.
Ważną częścią tej tradycji są również ludzie, którzy pomagają pielgrzymom na trasie. Wśród nich szczególne miejsce zajmuje Jacek Szklarski. Od 10 lat jego dom jest dla rowerzystów stałym punktem odpoczynku, a on sam stał się jednym z najwierniejszych przyjaciół pielgrzymki.
Zaczęło się od trzech kolegów i sportowego wyzwania
Pomysłodawcą pielgrzymki był Paweł Siek. Początkowo nie było wielkich planów ani rozbudowanej organizacji. Było trzech przyjaciół, rowery i chęć wspólnego spędzania czasu.
Na początku byliśmy we trzech: Olek, Staszek i ja. To było takie nasze męskie wyzwanie. Chcieliśmy sportowo zorganizować sobie czas, zrobić coś wymagającego, sprawdzić własne możliwości. Potem doszedł element religijny, chociaż od samego początku jeździliśmy do Częstochowy
– opowiada Paweł Siek. Jak podkreśla, udział w kolejnych wyprawach wciąż stanowi dla niego osobiste wyzwanie.
Podobnie początki pielgrzymki wspomina Łukasz Chechła, kolejny z jej organizatorów.
Początkowo chcieliśmy po prostu razem jeździć na rowerach. Bardzo to lubimy. Później doszliśmy do wniosku, że naszym wyprawom warto nadać większy sens. Tak narodziła się idea pielgrzymowania, łączenia sportu z modlitwą i pomaganiem innym
– wyjaśnia.
Z czasem do trzech przyjaciół zaczęli dołączać kolejni uczestnicy, a wspólne wyprawy przerodziły się w regularną polonijną tradycję.
Trzy dni w drodze. Pielgrzymka tylko dla mężczyzn
Jak wyjaśnia Łukasz Chechła, obecnie pielgrzymki mają ustaloną formułę.
Teraz jeździmy zawsze przez trzy dni. Wyjeżdżamy w piątek, a w niedzielę docieramy do Częstochowy. Jest też określona zasada dotycząca uczestników: na rowerach mogą jechać wyłącznie mężczyźni, którzy ukończyli 21 lat
– tłumaczy. Liczba uczestników jest różna. W tegorocznej październikowej pielgrzymce wzięło udział 19 osób. Rowerzystom towarzyszy samochód techniczny, w którym przewożone są bagaże, jedzenie, napoje oraz sprzęt potrzebny do naprawy rowerów.
Pielgrzymi wyruszają na trasę dwa razy w roku: latem, w okolicach 20 lipca, oraz jesienią, najczęściej w drugim lub trzecim tygodniu października. Letnia wyprawa ma dodatkowy, wyjątkowy moment.
W lipcu, kiedy zbliżamy się już do Częstochowy, łączymy się z pielgrzymką międzystanową, która przyjeżdża z Bostonu. Ostatni odcinek pokonujemy razem i wspólnie wjeżdżamy do Polskiej Częstochowy. To zawsze szczególna chwila
– opowiada Łukasz Chechła.
Jesienna wyprawa ma natomiast szczególne znaczenie religijne. Październik jest miesiącem różańcowym, a dla Polonii również czasem podkreślania polskiej tożsamości i przywiązania do narodowych tradycji.
Jacek Szklarski od dziesięciu lat otwiera swój dom dla pielgrzymów
Jedną z najważniejszych osób wspierających pielgrzymkę jest Jacek Szklarski, który od dziesięciu lat dwa razy w roku przyjmuje polskich rowerzystów w swoim domu. Jego gościnność stała się nieodłączną częścią pielgrzymkowej tradycji, a dom miejscem, do którego uczestnicy wracają z radością i wdzięcznością.
U Jacka śpimy w namiotach, a kiedy w październiku robi się zimno, rozpraszamy się po jego domu
– mówi z uśmiechem Łukasz Chechła. Przyznaje też, że to właśnie dzięki takim ludziom cała inicjatywa może rozwijać się i trwać przez kolejne lata.
Pielgrzymka męska zatrzymuje się u mnie dwa razy w roku już od dziesięciu lat. Przyjeżdżają latem, na św. Krzysztofa, i jesienią, w październiku. To dla Polonii szczególny miesiąc, miesiąc polski. Towarzyszą im modlitwa i różaniec, zawierzają się Maryi. Dla nich drzwi mojego domu są zawsze otwarte
– opowiada Jacek Szklarski.
Przyjmowanie kilkunastu, a czasami nawet kilkudziesięciu pielgrzymów to niemałe przedsięwzięcie organizacyjne. Trzeba przygotować miejsce do spania dla nawet 40 osób, zapewnić odpowiednie warunki sanitarne i przestrzeń do odpoczynku po wielogodzinnej jeździe na rowerach. Jacek Szklarski od lat robi to z wielką życzliwością i zaangażowaniem. Z uśmiechem wspomina wyjątkowy rok z okresu pandemii COVID-19, gdy jego gościnność została wystawiona na szczególną próbę.
W czasie pandemii miałem u siebie całą pielgrzymkę do Częstochowy, ponad 130 osób. Mam dużą działkę, więc mogli rozbić namioty. Było przygotowane zaplecze sanitarne, osobny prysznic i łazienka. Tylko u mnie wtedy mieszkali. Sąsiedzi bardzo się dziwili, skąd tyle osób
– wspomina.
W Long Valley i Boonton czekają dobre słowo, kawa i poczęstunek
Ważną rolę w organizacji trzydniowej pielgrzymki odgrywa również parafia św. Łukasza w Long Valley w New Jersey. Przyszła z pomocą, kiedy organizatorzy postanowili wydłużyć wyprawę z dwóch do trzech dni i pojawiła się konieczność znalezienia kolejnego miejsca, w którym rowerzyści mogliby odpocząć i przenocować. Z czasem miejsce to stało się dla pielgrzymów czymś więcej niż zwykłym przystankiem na trasie.
To wspaniałe, ciepłe i bardzo kojące miejsce. Bez niego nasza pielgrzymka nigdy już nie byłaby taka sama
– mówi Łukasz Chechła.
Pierwszym kapłanem, który przyjął polskich rowerzystów i zapoczątkował tę tradycję, był ówczesny proboszcz, ks. Owen Moran. Po zmianach personalnych, na mocy dekretu biskupa, parafię objął ks. Michał Szwarc, który kontynuuje gościnną tradycję swojego poprzednika.
Kolejnym miejscem, w którym polscy pielgrzymi mogą liczyć na życzliwość i gościnność, jest parafia św. Cyryla i Metodego w Boonton w New Jersey, gdzie również regularnie się zatrzymują.
ZOBACZ JAK POLONIA BAWIŁA SIĘ PODCZAS 89. PARADY PUŁASKIEGO
To bardzo gościnna parafia. Kapłani zawsze z radością i otwartym sercem nas przyjmują, a do tego częstują smakołykami i kawą
– opowiada Łukasz Chechła. Po wielu kilometrach przejechanych na rowerach taka krótka przerwa i rozmowy przy gorącej kawie są nie do przecenienia.
Jadą również po to, żeby pomagać
Sportowe wyzwanie, które narodziło się w gronie trzech kolegów, z czasem przerodziło się w przedsięwzięcie łączące polonijnych mężczyzn wokół konkretnej pomocy. Rowerzyści nie tylko pokonują trasę do sanktuarium, ale również zbierają pieniądze dla potrzebujących.
Zbieramy fundusze dla Domu Pomocy Społecznej w Tarnobrzegu-Mokrzyszowie. Chcemy, żeby nasze wyprawy miały również wymiar praktyczny, żeby dzięki nim można było komuś pomóc
– wyjaśnia Łukasz Chechła.
W przekazywanie zebranych pieniędzy osobiście angażuje się Paweł Siek. Fundusze najczęściej trafiają do Polski za pośrednictwem zaufanych osób podróżujących do kraju, a następnie Paweł osobiście przekazuje je siostrom opiekującym się podopiecznymi placówki.
Uczestnicy pielgrzymki przyznają, że działalność dobroczynna stała się z czasem jednym z najważniejszych elementów całej inicjatywy. Widzą w niej zresztą same plusy. Wspólne trzy dni w drodze stają się okazją do rozmów, modlitwy, wzajemnego wsparcia i refleksji nad codziennym życiem. Trudne odcinki trasy, zmęczenie i zmieniająca się pogoda uczą wytrwałości, dyscypliny i odpowiedzialności za drugiego człowieka. Ważne jest również budowanie męskiej wspólnoty opartej na wierze, przyjaźni i wzajemnym szacunku. Nie bez znaczenia jest też to, że wyprawa do Amerykańskiej Częstochowy pozwala uczestnikom oderwać się od codziennych obowiązków, a jednocześnie daje poczucie, że robią razem coś ważnego.