Bombowiec strategiczny B-52 Stratofortress rozbił się w poniedziałek przed południem lokalnego czasu tuż po starcie ze słynnej bazy Edwards Amerykańskich Sił Powietrznych w Kalifornii, około 161 km na północ od Los Angeles, CA. Samolot brał udział w próbach nowoczesnego radaru AESA, który ma trafić na pokład całej floty tych 70-letnich bombowców, zastępując przestarzałą elektronikę z czasów zimnej wojny.
Podczas jednego z rutynowych, jak to określono, lotów testowych, maszyna z nieznanych przyczyn runęła na ziemię. Jak podał portal Aerotime, dane z systemu śledzenia wskazują, że B-52 wystartował z bazy w kierunku południowo-zachodnim, leciał prosto i niemal natychmiast rozbił się na tym samym pasie startowym. Zniszczony wrak wskazywał, że samolot gwałtownie spadł.
PRZECZYTAJ TEŻ: Śmiertelny wypadek i ucieczka. Polak po 4 latach wrócił do USA w kajdankach
Maszyna stanęła w płomieniach na pustyni Mojave, a nikt z ośmiu osób na pokładzie nie przeżył. Wśród ofiar byli żołnierze, cywile oraz dwóch pracowników Boeinga. Dane nie zostały oficjalnie podane do chwili publikacji tego tekstu, jednak znane są nazwiska dwóch ofiar. To podpułkownik Miles Middleton, który pozostawił żonę Pamelę oraz dwójkę nastoletnich dzieci, o czym informuje zbiórka na GoFundMe oraz Jeromy Smith, cywilny inżynier ds. testów lotniczych zatrudniony w Departamencie Obrony, który zaledwie cztery miesiące temu powitał na świecie swoje drugie dziecko.
Kochał samoloty. Zginął, robiąc to co kochał
– powiedziała reporterom stacji KBAK-KBFX jego żona Lauren, przełykając łzy.
Trwa śledztwo w sprawie wypadku. Według przedstawicieli bazy lotniczej Edwards Air Force Base, ustalenie przyczyny katastrofy może zająć nawet sześć miesięcy. Mogły nią być problemy z systemem sterowania.
– Samolot nie nabrał wysokości i spadł bardzo szybko. To wygląda na utratę kontroli – powiedział dziennikarzom Associated Press Jeff Guzzetti, były śledczy Federalnej Administracji Lotnictwa (FAA) i Narodowej Rady Bezpieczeństwa Transportu (NTSB).