Pierwszy Polak w historii na starcie ekstremalnego wyścigu! „Jeśli tam spadniesz, może skończyć się tragicznie”

Przejechał i wygrał już wiele wyścigów, ale takiego nie ma na koncie. Pochodzący z Gorlic Maciej Serafin przejdzie do historii, jako pierwszy Polak, który weźmie udział w ekstremalnym i legendarnym wyścigu górskim Pikes Peak International Hill Climb, znanym jako „Race to the Clouds”. Już w niedzielę, 21 czerwca, w Kolorado nasz 49-letni rodak w swojej hondzie zmierzy się z ponad 20-kilometrową trasą, 156 zakrętami i metą położoną na wysokości niemal 4800 m n.p.m. Przed wyczynem, w którym udział biorą tylko najodważniejsi, opowiedział nam o przygotowaniach i swojej motywacji.

„Super Express”: – Co sprawiło, że postanowiłeś zmierzyć się właśnie z Pikes Peak, jednym z najtrudniejszych wyścigów na świecie?

Maciej Serafin: – Kocham wyzwania i rzeczy nietuzinkowe. W życiu zawsze idę pod prąd, a nie tam, gdzie idzie tłum. Kiedy dowiedziałem się, że w tym wyścigu nigdy nie brał udziału żaden Polak, poczułem, że muszę spróbować. Marzyłem o tym od lat, ale ze względów finansowych i organizacyjnych nie byłem w stanie podjąć tego wyzwania. Przygotowywałem się powoli, oswajałem się z decyzją o starcie. Jestem uparty, żądny nowych wyzwań i przygód, dlatego realizuję to marzenie.

– Co najbardziej pociąga Cię w tej górze?

– Wszystko. Jestem teraz w takim stanie, że adrenalina bardzo mnie napędza. Ale nie tracę zdrowego rozsądku. Na trasie są ekstremalnie niebezpieczne zakręty i przepaście mające po kilkaset metrów głębokości. Wiadomo, że jeśli tam spadniesz, może skończyć się tragicznie. To mnie przeraża, ale jednocześnie daje niesamowitą adrenalinę. Ten wyścig jest jednym z najstarszych i najniebezpieczniejszych na świecie. Sam start to ogromny prestiż.

– Jak tego zatem dokonałeś?

Do wyścigu trzeba dostać zaproszenie po specjalnej weryfikacji. Jest tysiąc chętnych, a startuje tylko 70. Jestem bardzo solidnie przygotowany i będę godnie reprezentował Polskę. 20 km trasy to ogromny wysiłek zarówno dla mnie, jak i dla samochodu.

Specjalnie przygotowaliśmy pojazd. Już na treningach pędziłem kilkaset mil na godzinę. Mam ogromny respekt przed tą górą. Dwa razy pokazała mi, że tu nie ma żartów, kiedy obróciło mi samochód. Najważniejsze jest dla mnie ukończyć wyścig. Oczywiście będę walczył jak lew, ale meta jest najważniejsza.

– Czy trenowałeś już na podobnych wysokościach lub w podobnych warunkach?

– Nigdy nie mieliśmy mety na takiej wysokości. To będzie dla nas nowe doświadczenie.

– Jakie są największe zagrożenia na Pikes Peak, o których nie wie przeciętny kibic?

– Zmienna pogoda. Na dole jest ciepło, a na górze może być nawet śnieg. Do tego oślepiające słońce i sześć ślepych zakrętów nad przepaściami. Przekonałem się o tym na treningach. Pojadę Hondą TCR z 2019 roku, przebudowaną specjalnie na ten wyścig. Mamy też specjalne paliwo. Nasz zespół liczy dziewięć osób.

– Jak przyjmuje Cię Polonia?

Niesamowicie. Są wspaniali, gościnni, żyją tym wyścigiem i moim startem. Nieraz pojawiały mi się łzy wzruszenia i wdzięczności za pomoc amerykańskiej Polonii.

– Jak się czujesz jako pierwszy Polak w tym wyścigu?

– Chcę pokazać, że jesteśmy walecznym narodem, nasza historia to udowadnia. Tanio skóry nie sprzedamy. Jestem bardzo zmotywowany, czuję się ambasadorem polskiego sportu. Przed startem czuję ogromną presję, ale w czasie wyścigu skupiam się tylko na jeździe. Jestem jak maszyna, która ma jedno zadanie: jak najszybciej dojechać do mety.

– Jest strach?

Nie boję się tej góry, myślę pozytywnie. Wiem, że będzie dobrze. Mam 49 lat, przeżyłem ciężki wypadek, moje serce stanęło. Na szczęście reanimacja się udała. Miałem dwa lata przerwy w wyścigach. Nadal jestem lekkim wariatem, ale już nie takim głupim (śmiech).

Mam wspaniałą rodzinę żonę, dzieci i zawsze mam z tyłu głowy, że muszę do nich wrócić. To żona powiedziała mi, że muszę wrócić do tego sportu. Od piątego roku życia chciałem się ścigać, zaczynałem na małym rowerku.

Rozmawiała Marta J. Rawicz