Wielkanoc w USA jest inna, potwierdza duchowny. „Ludzie tęsknią za tym, co znają z Polski”

2026-03-28 13:51

Wielkanoc to szczególny czas w Kościele Katolickim. W sposób wyjątkowy przeżywa go także amerykańska Polonia, co przyznaje w rozmowie z „Super Expressem” ksiądz Piotr Rapcia z parafii z parafii Our Lady of the Lakes Parish - Matki Bożej od Jezior w Ingleside i Antioch w Illinois. Duchowny opowiedział nam m.in. o przygotowaniach do świąt i o tym, jak różnią się od tych w Polsce.

„Super Express”: - Jak Polonia w rejonie Chicago przeżywa Wielkanoc? Czy różni się to od Polski?

Ks. Piotr Rapcia: - Polonia przeżywa Wielkanoc bardzo sercem. Naprawdę widać, jak ludzie tęsknią za tym, co znają z Polski. Sam to widzę w ich oczach, w rozmowach, w tym, jak przygotowują się do świąt. Ale jednocześnie trzeba uczciwie powiedzieć, że to nie jest to samo. W Polsce całe społeczeństwo żyje tym rytmem. Tutaj życie toczy się normalnie, ludzie często pracują nawet w Wielki Piątek czy w Wielką Sobotę. I dlatego to przeżywanie jest bardziej „wywalczone”, bardziej świadome. Czasem mniej zewnętrzne, ale głębsze wewnętrznie.

- Jakie wielkanocne zwyczaje są najbardziej żywe?

- Zdecydowanie święcenie pokarmów. To jest coś niesamowitego. Widzę rodziny, które może rzadziej przychodzą do kościoła, ale w Wielką Sobotę przychodzą razem, często z dziećmi, z koszyczkami przygotowanymi z ogromną starannością. To jest bardzo piękny moment. I druga rzecz to liturgia Wielkiej Soboty i rezurekcja. Tam naprawdę widać wiarę ludzi. Może nie zawsze wyrażoną słowami, ale bardzo autentyczną.

- Czy Amerykanie interesują się polskimi tradycjami?

- Tak, spotykam się z tym. Czasem ktoś przychodzi zobaczyć święcenie pokarmów i jest naprawdę poruszony, bo to coś bardzo symbolicznego, czego u nich nie ma. Ale to raczej ciekawość i podziw z zewnątrz. Dla nas to jest coś dużo głębszego, część naszej tożsamości.

- Jak wyglądają przygotowania do Triduum Paschalnego w księdza parafii?

To jest jeden z najbardziej intensywnych momentów w roku. Dla mnie, jako księdza, to czas ogromnej pracy, ale też ogromnej łaski. Spowiedzi, przygotowanie liturgii, spotkania z ludźmi. Wszystko się kumuluje. Ale jednocześnie widzę, jak wiele osób się angażuje. Ktoś przygotowuje dekoracje, ktoś ćwiczy śpiew, ktoś pomaga organizacyjnie. To buduje wspólnotę.

- Czy frekwencja różni się od tej w ciągu roku?

- Zdecydowanie tak. Na Wielkanoc przychodzi dużo więcej ludzi. I nie mówię tego z oceną, raczej z nadzieją. Bo widzę, że nawet jeśli ktoś jest daleko, to w tym czasie coś go przyciąga. I to jest moment, w którym Kościół może dotknąć serca człowieka.

- Jakie wydarzenia są szczególnie ważne?

- Wielka Sobota i rezurekcja. Procesja rezurekcyjna ma w sobie coś bardzo mocnego. To jest moment, kiedy wiara wychodzi „na zewnątrz”. Ludzie to bardzo przeżywają.

- Co w świętach wielkanocnych wymaga, księdza zdaniem, szczególnego podkreślenia?

Że zmartwychwstanie to nie jest teoria ani wspomnienie. To jest rzeczywistość, która może wydarzyć się w naszym życiu. Widzę wielu ludzi, którzy noszą w sobie ciężar: problemów, relacji, przeszłości. I chciałbym im powiedzieć: z Bogiem nigdy nie jest za późno.

- Problemy dotykają większość z nas. Jakie wyzwania duchowe najczęściej ksiądz widzi?

- Przede wszystkim brak czasu i zmęczenie. Ludzie są naprawdę przeciążeni. Często słyszę: „proszę księdza, ja bym chciał, ale nie mam kiedy”. I to jest prawdziwy problem naszych czasów. Nie tyle brak wiary, co brak przestrzeni na nią.

- Czy emigracja dodatkowo na to wpływa? Ma też pewnie wpływ na przeżywanie świąt?

Bardzo. Widzę, jak ludzie tęsknią za rodziną, za tym, co znają z domu. I czasem to sprawia, że przeżywają święta głębiej. Ale bywa też odwrotnie, że samotność i tempo życia sprawiają, że te święta stają się trudniejsze.

- Przed nami ten szczególny okres, jednak chciałabym też zapytać o to, jak wygląda księdza codzienna posługa?

- To nie są tylko msze czy sakramenty. To przede wszystkim spotkania z ludźmi. Rozmowy, czasem krótkie, czasem bardzo długie. Czasem ktoś przychodzi tylko na chwilę, ale w tej chwili niesie bardzo dużo.

- Z jakimi problemami przychodzą wierni?

- Najczęściej z samotnością i problemami w relacjach. Dużo jest też stresu związanego z pracą, z życiem tutaj. I często pytanie nie jest teologiczne, tylko bardzo ludzkie: „jak żyć? jak sobie poradzić?”

- Czy posługa kapłańska tutaj różni się od tej Polski?

Tak. W Polsce wiele rzeczy jest „oczywistych”. Tutaj trzeba budować od nowa: relację, zaufanie, wspólnotę. Ale to też bardzo uczy pokory.

- Pewnie jest też satysfakcja. Co jest największą radością w pracy z Polonią?

- Największą radością są dla mnie momenty bardzo ciche, czasem wręcz niewidoczne dla innych. Kiedy ktoś po latach przychodzi do spowiedzi i mówi: „proszę księdza, dawno mnie tu nie było…”. Kiedy ktoś zaczyna płakać, kiedy ktoś mówi, że chce spróbować jeszcze raz. To są chwile, które naprawdę dotykają serca.

Widzę też ogromną wierność wielu ludzi. Mimo pracy, zmęczenia, obowiązków oni przychodzą, modlą się, przekazują wiarę dzieciom. I to mnie bardzo buduje. Radością jest też zwykła relacja: rozmowa po mszy, uśmiech, krótkie „dziękuję”. To pokazuje, że to wszystko ma sens.

- A co stanowi największe wyzwanie?

- Największym wyzwaniem jest dotrzeć do ludzi, którzy się oddalili i nawet nie czują, że czegoś im brakuje. Nie ma już w nich pytania o Boga. I to jest trudniejsze niż jakikolwiek kryzys. Widzę też, jak bardzo życie tutaj potrafi „pochłonąć” człowieka. Praca, rachunki, presja. I nagle nie ma miejsca na Boga. Nie z wyboru, ale z braku siły. Czasem trudne jest też to, że jako ksiądz spotykam ludzi w bardzo bolesnych momentach. Rozwody, uzależnienia, samotność. I nie zawsze mogę „naprawić” sytuację. Mogę tylko być, towarzyszyć. I to uczy pokory.

- Pracuje ksiądz w USA nie od wczoraj. Jak zmienia się polska wspólnota w Chicago na przestrzeni lat?

Widzę dużą zmianę. Kiedyś Polonia była bardziej jednorodna. Ludzie trzymali się razem, mieli podobne doświadczenia. Dziś jest bardziej zróżnicowana. Młodsze pokolenie często już myśli bardziej po amerykańsku, inaczej przeżywa wiarę. Czasem język polski przestaje być dla nich naturalny. Z drugiej strony widzę coś bardzo pięknego: nawet jeśli forma się zmienia, to potrzeba sensu, Boga, wspólnoty wciąż w nich jest. Trzeba tylko znaleźć nowy sposób, żeby do nich dotrzeć.

- Wspomniał ksiądz o młodych. Jak oni odnajdują się w Kościele?

- Wielu z nich żyje „pomiędzy”. Między polską tradycją a amerykańską rzeczywistością. Niektórzy się odnajdują, inni się gubią. Nie dlatego, że odrzucają Boga, ale dlatego, że nie wiedzą, jak go znaleźć.

- Czy potrzeba innego duszpasterstwa dla młodych?

- Zdecydowanie tak. Młodzi nie potrzebują tylko zasad. Potrzebują spotkania. Kiedy ktoś z nimi rozmawia normalnie, bez dystansu i udawania, otwierają się. Trzeba mówić prosto, pokazywać sens, nie tylko formę. Oni bardzo szybko wyczuwają, co jest prawdziwe.

- Przydaje się na pewno wiara w sens tego, co się robi. Kiedy u ojca pojawiło się powołanie?

- To nie był jeden moment, raczej proces. Były chwile jasności i chwile wątpliwości. Z czasem zobaczyłem, że nie chodzi o to, czy jestem gotowy, tylko czy jestem gotów zaufać. Najbardziej ukształtowały mnie spotkania z ludźmi i doświadczenia, zwłaszcza te trudne. One uczą pokory i prawdy o sobie.

- Dlaczego właśnie Chicago? Jak ksiądz się tu znalazł?

- Przyjechałem przez dom formacyjny Abramowicz House, który został stworzony do sprowadzania kleryków z Polski. Z czasem został zamknięty przez kardynała Cupicha, aby skupić się bardziej na powołaniach lokalnych niż imigrantach.

- Czy początki były trudne?

- Tak, bardzo. Nowe miejsce, język, kultura. Człowiek zaczyna od zera. Ale to doświadczenie bardzo oczyszcza. Uczy pokory, cierpliwości i zaufania.

- Co daje największą siłę w trudnych momentach?

- Modlitwa, nawet jeśli czasem jest trudna. I świadomość, że to nie ja wszystko trzymam w rękach. Bóg działa, często inaczej niż się spodziewam. To daje pokój i siłę, żeby iść dalej.

Rozmawiała Marta J. Rawicz

Super Express Google News