Kasia Śmiechowicz wspomina Beya-Zaborskiego. „Nie był dla mnie wyłącznie kolegą z planu”

Pochodząca z Łodzi Katarzyna Śmiechowicz od lat mieszka w USA, dzieląc życie między słoneczną Kalifornię, a Polskę. Polska aktorka mocno przeżywa odejście Andrzeja Beya-Zaborskiego, którego pożegnanie zaplanowano na 18 sierpnia w Białymstoku. – Królowy Most już nigdy nie będzie taki sam – mówi w rozmowie z „Super Expressem”, w której opowiedziała też o prezesurze w Klubie Kultury im. Heleny Modrzejewskiej w Los Angeles, którą niedawno dopisała do długiej listy swoich aktywności, oraz drugiej edycji Festiwalu Heleny Modrzejewskiej.

„Super Express”: – Niedawno objęłaś stanowisko prezesa Klubu Kultury im. Heleny Modrzejewskiej w Los Angeles. Jakie są twoje najważniejsze cele w promowaniu polskiego dziedzictwa artystycznego w Mieście Aniołów?

Katarzyna Śmiechowicz: – Zanim zostałam jego prezesem, przez kilka lat pełniłam funkcję wiceprezesa. To organizacja z ogromną tradycją, od 55 lat obecna w południowej Kalifornii, skupiająca niezwykle interesujących ludzi związanych z kulturą, sztuką, muzyką, filmem, nauką, medycyną i biznesem. Kiedy obejmowałam funkcję prezesa, wiedziałam, że nie chcę jedynie administrować organizacją z piękną historią. Chcę razem z naszym zarządem i członkami pisać jej kolejny rozdział. Mam ogromne szczęście pracować z ludźmi, którzy wkładają w działalność Klubu mnóstwo serca, czasu i energii. To jest nasza wspólna praca. Bez zarządu i bez naszych członkiń nie byłoby możliwe realizowanie tak ambitnych przedsięwzięć. Wszyscy razem odgrywamy niezwykle ważną rolę w promocji i kultywowaniu polskiego dziedzictwa kulturowego w Stanach Zjednoczonych.

– Co jest waszym największym przedsięwzięciem?

– Festiwal Heleny Modrzejewskiej, którego pierwszą edycję zorganizowaliśmy w ubiegłym roku. Festiwal okazał się ogromnym sukcesem i utwierdził nas w przekonaniu, że istnieje potrzeba stworzenia w Los Angeles wydarzenia, które będzie prezentowało polską kulturę na naprawdę wysokim poziomie, a jednocześnie otwierało ją na amerykańską publiczność.

Dlatego już 11–13 września zapraszamy na drugą edycję Festiwalu Heleny Modrzejewskiej. Chcemy, aby przez te trzy dni Los Angeles ponownie stało się miejscem wyjątkowego spotkania polskiej i amerykańskiej kultury

Podczas festiwalu po raz kolejny wręczymy Helena Modejska Hertige Awards, nagrody dla wybitnych ludzi filmu i kultury, których twórczość buduje mosty pomiędzy Polską a światem. W ubiegłym roku ich laureatami zostali znakomita producentka Aneta Hickinbotham oraz wybitny operator filmowy Andrzej Bartkowiak. Tegoroczna edycja będzie kolejną niezwykłą ucztą polskiej kultury. Nasze motto brzmi „Polish Heritage, Global Vision”. I dokładnie o to mi chodzi: pamiętać, skąd pochodzimy, być z tego dumnym, ale jednocześnie mieć odwagę wejść z polską kulturą na światową scenę.

– Czy bycie aktorką z polskim rodowodem pomaga łączyć Polonię z amerykańskim środowiskiem filmowym?

– Zdecydowanie. W pewnym sensie sama jestem takim pomostem, ponieważ od lat moje życie toczy się pomiędzy Polską a Stanami Zjednoczonymi.

Polska dała mi moją pierwszą artystyczną wrażliwość, kulturę, język, emocjonalność i ogromny szacunek do zawodu aktora. Ameryka nauczyła mnie natomiast odwagi, przedsiębiorczości i przekonania, że czasami nie należy czekać, aż ktoś stworzy dla nas możliwość, trzeba stworzyć ją samemu.

Jako aktorka znam środowisko filmowe od środka. Wiem, jak rodzą się projekty, jak ważne są relacje, wzajemne zaufanie i umiejętność połączenia odpowiednich ludzi wokół wspólnej idei. Chciałabym jednak, abyśmy przestali myśleć o promocji polskiej kultury w Ameryce wyłącznie jako o działalności skierowanej do Polonii. Oczywiście Polonia jest dla nas niezwykle ważna, ale polska kultura zasługuje na znacznie szerszą publiczność.

Mamy twórców, którzy od dziesięcioleci współtworzą światową kinematografię. Mamy fantastycznych reżyserów, operatorów, aktorów, kompozytorów, scenografów, kostiumografów i producentów. Powinniśmy mówić o nich głośno, z dumą i bez kompleksów.

Zresztą dokładnie to zrobiła Helena Modrzejewska niemal półtora wieku temu. Przyjechała z Polski do Ameryki i zdobyła amerykańskie sceny swoim talentem, osobowością i niezwykłą determinacją. Dlatego trudno wyobrazić sobie lepszą patronkę dla organizacji działającej właśnie tutaj, w Kalifornii.

– Jak widzisz rolę tradycji i sztuki w promowaniu polskości wśród młodego pokolenia Polaków w USA?

– Nie wierzę w polskość narzuconą. Nie można powiedzieć młodemu człowiekowi: „masz kochać Polskę, ponieważ stamtąd pochodzą twoi rodzice albo dziadkowie”. Trzeba mu dać powód, żeby sam chciał tę Polskę odkryć. Dlatego zależy mi, aby nie zamykać naszej tradycji w gablocie. Ona musi żyć. Młodzi Polacy wychowani w Kalifornii powinni wiedzieć, że Polska to nie tylko historia i wspomnienia poprzednich pokoleń. To Tadeusz Kościuszko, Kazimierz Pułaski, Fryderyk Chopin, Helena Modrzejewska, Pola Negri, Andrzej Wajda, Jerzy Antczak, Jerzy Hoffman, Krzysztof Kieślowski, Krzysztof Penderecki, ale również współczesny film, muzyka, sztuka, design, nauka i niezwykli Polacy odnoszący sukcesy na całym świecie.

Jeżeli pokażemy młodym ludziom tę Polskę w sposób atrakcyjny, nie będziemy musieli ich namawiać do polskości. Sami zaczną jej szukać. Wtedy nasze dziedzictwo przestaje być obowiązkiem odziedziczonym po rodzicach, a staje się częścią ich własnej tożsamości.

– 11 sierpnia odszedł Andrzej Beya-Zaborski, niezapomniany komendant z serii „U Pana Boga...”. Wiążą Cię z nim osobiste i zawodowe wspomnienia, prawda?

– To pytanie jest dla mnie szczególnie trudne, ponieważ Andrzej nie był dla mnie wyłącznie kolegą z planu. Połączyła nas praca przy kolejnych produkcjach Jacka Bromskiego od „U Pana Boga w ogródku”, „U Pana Boga za miedzą”, „U Pana Boga w Królowym Moście”, a także przy „Bilecie na Księżyc”. Jacek Bromski spowodował, że na planie wszyscy z czasem staliśmy się sobie bliscy. Plan filmowy to szczególne miejsce. Spędza się razem długie godziny, czeka na kolejne ujęcia, podróżuje, rozmawia, śmieje się. I nagle orientujesz się, że relacja, która zaczęła się zawodowo, stała się czymś znacznie ważniejszym.

Z Andrzejem można było przejść w jednej rozmowie od kompletnego wygłupu i śmiechu do bardzo poważnych, osobistych tematów. Miał niezwykłe ciepło, poczucie humoru i ogromną autentyczność. Kiedy dowiedziałam się o jego odejściu, pomyślałam: bez Ciebie Królowy Most już nigdy nie będzie taki sam… Odeszła kolejna część naszego filmowego świata.

Lubię jednak myśleć, że gdzieś tam spotkali się już Andrzej, Emilian Kamiński, Mietek Fiodorow i Arek Tomiak. Jestem przekonana, że roztoczyli nad nim swoje anielskie ramiona. Dla mnie na zawsze pozostanie „Słodziakiem”, człowiekiem, którego miałam ogromne szczęście spotkać na swojej drodze.

– Też uważasz, że coś było w sposobie bycia i aktorstwie Andrzeja co sprawiało, że potrafił zjednywać sobie publiczność?

– Tak. Andrzej nie potrzebował wielkich gestów. Miał fenomenalne poczucie humoru, charakterystyczny sposób bycia i niezwykłą umiejętność grania nie „roli”, lecz człowieka. Publiczność doskonale wyczuwa fałsz. Ale równie szybko rozpoznaje autentyczność. U Andrzeja ona była absolutnie naturalna. Taki był również prywatnie, zabawny, czasami przekorny, ale niezwykle ciepły i uważny na innych. Dlatego tak łatwo zjednywał sobie ludzi. Nie tylko widzów, ale również nas, kolegów, którzy mieli szczęście z nim pracować.

– Wróćmy do ciebie. Aktorka, prezeska klubu kultury. A to nie wszystko, prawda?

– Chyba przede wszystkim jestem człowiekiem, który nie potrafi stać w miejscu. (śmiech) Jestem aktorką i to właśnie aktorstwo było moim pierwszym wielkim marzeniem, które udało mi się spełnić. Ale z czasem zrozumiałam, że równie wielką radość daje mi kreowanie rzeczy od początku-wymyślanie projektów, łączenie ludzi, otwieranie drzwi, które czasami wydają się zamknięte.

Nigdy nie byłam osobą, która łatwo akceptuje odpowiedź: „nie, bo nie”. Jeżeli głęboko wierzę, że coś ma sens, próbuję znaleźć inną drogę. To chyba mój niespokojny duch sprawia, że ciągle pojawiają się w moim życiu nowe wyzwania.

Od lat jestem prezesem Kasia Films, gdzie próbujemy stworzyć projekty filmowe oparte m. in. na moich scenariuszach. Jestem również członkinią Rady Nadzorczej Fundacji Rozwoju Nowoczesnej Chirurgii w Łodzi, której działalność jest mi niezwykle bliska. Fundacja wspiera rozwój nowoczesnej medycyny zabiegowej poprzez edukację lekarzy, badania naukowe oraz wdrażanie innowacyjnych technologii. To zupełnie inny świat niż kino, a jednak również tutaj chodzi o rozwój, odwagę, poszukiwanie nowych rozwiązań i przede wszystkim o człowieka.

Kolejnym fascynującym przedsięwzięciem jest Art Nova Vision, której jestem wiceprezesem, a Mikołaj Antczak prezesem. Powołaliśmy tę spółkę po to, aby kreować i produkować nowe projekty artystyczne, filmowe i wydawnicze. Naszym pierwszym projektem jest książka „Serce Chopina”, napisana przez honorowego prezesa Art Nova Vision, niezwykłego mistrza Jerzego Antczaka. To projekt szczególnie bliski mojemu sercu. Mamy wiele pomysłów na jego dalszy rozwój, a jednym z naszych wielkich marzeń jest wyprodukowanie na podstawie tej niezwykłej książki filmu.

Wierzę, że historia serca Chopina opowiedziana przez Jerzego Antczaka ma ogromny potencjał, aby przemówić również do międzynarodowej publiczności.

A równolegle jest Klub Kultury im. Heleny Modrzejewskiej, który zajmuje w moim życiu szczególne miejsce.

– Jesteś też mamą. Twoi synowie bliźniacy stawiają pierwsze kroki w Hollywood, a jednocześnie uczęszczają do polskiej i amerykańskiej szkoły. Jak udaje wam się godzić intensywny rytm amerykańskiego życia z pielęgnowaniem polskości w domu?

– Czasami sama chciałabym znać odpowiedź na to pytanie! (śmiech) Nasze życie jest bardzo intensywne. Mój mąż Dominik od początku naszej znajomości zajmował wysokie stanowiska w amerykańskiej branży telewizyjnej, ja, choć jestem aktorką, mój czas dzielę między wszystkie wcześniej wspomniane działania, a dom, ale w mojej głowie właściwie bez przerwy pojawiają się kolejne pomysły, bo jestem niespokojnym duchem… A pośrodku tego wszystkiego przede wszystkim jesteśmy pełna rodziną. Jesteśmy razem od ponad 26 i stworzyliśmy dom, który jest dla mnie największym życiowym sukcesem. Mamy dwóch 16-letnich synów, wszechstronnych, utalentowanych młodych ludzi, którzy coraz odważniej budują własny świat. Od początku zależało nam, żeby wiedzieli, skąd pochodzą. Polska nie jest dla nich abstrakcyjnym krajem, gdzieś po drugiej stronie oceanu. Znają język, kulturę, mają tam rodzinę, w końcu mieszkają pomiędzy Polską, a Stanami Zjednoczonymi i równocześnie uzyskają polskie i amerykańskie wykształcenie. I uważam, że to jest ich ogromny kapitał. Nie muszą wybierać między jedną kulturą a drugą. Mogą czerpać z obu.

– Czego jako mama i aktorka uczysz swoich chłopców?

– Przede wszystkim uczę ich, żeby pozostali sobą.

Los Angeles jest fascynującym miejscem, ale potrafi też bardzo szybko nauczyć człowieka mierzenia własnej wartości sukcesem, rolą, popularnością czy opinią innych. Chcę, żeby moi synowie wiedzieli, że sukces jest czymś wspaniałym i warto o niego walczyć, ale nigdy nie powinien być miarą wartości człowieka.

Uczę ich pracowitości, bo sama głęboko wierzę, że talent bez pracy niewiele znaczy. Uczę ich również, że porażka nie oznacza końca. Trzeba wstać i próbować jeszcze raz. I chyba przekazuję im również jedną z najważniejszych zasad mojego własnego życia: „nie” nie zawsze oznacza koniec. Czasami oznacza tylko, że trzeba znaleźć inną drogę. Ale równie ważne są dla mnie empatia, lojalność, szacunek do drugiego człowieka i rodzina. Jeżeli z amerykańskiego świata zabiorą odwagę, profesjonalizm i przekonanie, że warto marzyć bez ograniczeń, a z polskiego wrażliwość, kulturę, pamięć i emocjonalną głębię, będę szczęśliwa.

– Czy w domowych, codziennych rozmowach i zabawach w aktorstwo wygrywa bardziej styl amerykański, czy polska szkoła wrażliwości dramatycznej?

– Chyba powstaje już ich własna szkoła! (śmiech) Wychowani w dwóch kulturach i dwóch różnych miejscach, bowiem Łódź, a właściwie Stara Gadka, a Hollywood to dwa odrębne światy. Chłopcy mają w sobie tę amerykańską swobodę, bezpośredniość i przekonanie, że warto próbować. Nie boją się marzyć wysoko i bardzo się z tego cieszę. Jednocześnie mają polskie korzenie i od dziecka obcują w dwóch kulturach. Widzą też mnie, aktorkę ukształtowaną przez zupełnie inną tradycję artystyczną. Widzą też tatę, który swoje życie dzielił pomiędzy USA, Norwegię, a Polskę, co stworzyło w nim niecodzienną tożsamość. Podejrzewam więc, że gdzieś pod tą kalifornijską lekkością drzemie również całkiem spora dawka słowiańskiej emocjonalności. Ale najbardziej zależy mi na tym, żeby byli szczęśliwymi ludźmi, odważnymi, ciekawymi świata, pracowitymi i wiernymi sobie. A przede wszystkim chcę, żeby wybrali własną drogę. Jako mama mogę dać im korzenie i skrzydła. Mogę pokazać im, skąd pochodzą, nauczyć ich, że warto marzyć i że trzeba ciężko pracować, aby te marzenia realizować. Ale to oni zdecydują, dokąd na tych skrzydłach polecą.

Rozmawiała Marta J. Rawicz