„Super Express”: – Co było impulsem do stworzenia projektu „Open Heart”? Jak wyglądał u pani proces „otwierania serca” zarówno artystycznie, jak i emocjonalnie?
Katarzyna Szczesniewski: – Impulsem do zrobienia projektu „Open Heart – Journey Through Time” była chęć obejrzenia się wstecz. Lata mijają. Starzejąc się, coraz chętniej wracamy do przeszłości. Co nas ukształtowało? Dlaczego dokonaliśmy takich, a nie innych wyborów i jakie są tego konsekwencje? Każda praca z tej serii jest odzwierciedleniem tych przemyśleń. Wspólnym elementem wszystkich kompozycji jest symboliczne serce. Czasem stanowi ono centralną część kompozycji, a czasem trzeba je odnaleźć. Prace są kolorowymi abstrakcjami i wyróżniają się na tle prac innych artystów wykorzystaniem papieru do budowania faktur. Proces artystyczny pomaga mi przenieść się w czasie oraz dotrzeć do emocji związanych z wydarzeniami, które są tematami moich prac. W tworzeniu pomaga mi muzyka. Zależnie od nastroju, jaki potrzebuję, wybieram innych artystów, inne albumy. Przykładowo, bardzo lubię używać do tego celu muzyki Karunesh, Deep Forest itp. oraz tzw. muzyki ambientowej.
– Czy podczas pracy nad tym cyklem odkryła pani coś nowego o sobie?
– Tak. Praca nad obrazami jest dla mnie medytacją. Przy jej okazji niejednokrotnie krystalizowały się we mnie nowe poglądy na życie i na świat.
– Jaką rolę odgrywa tu symbolika?
– Symbolika i kod wizualny to język, którym malarz porozumiewa się z widzem. Jest wiele uniwersalnych symboli, które większość ludzi będzie odczytywać podobnie. Np. niebieski kolor będzie przypominał niebo, żółte kółko słońce, czerwone pokręcone linie będą sugerować energię, pasję itd. W moich pracach jest podobnie. Kiedy kreuję kompozycję, która ma wyrażać taki, a nie inny nastrój, muszę ją zbudować z kolorów, kształtów i faktur w taki sposób, żeby oglądający to odczuł. Jest to swego rodzaju kod, którego można się domyślić, ale nigdy nie jest on jednoznaczny.
– Czy któryś z obrazów z „Open Heart” jest dla pani szczególnie osobisty?
– Ogólnie biorąc, wszystkie obrazy z tej serii mówią o moich prywatnych sprawach, czasem nawet o sekretach. Najbardziej osobisty wydaje mi się zazwyczaj obraz, nad którym właśnie pracuję, albo taki niedawno ukończony. Na dziś jest to ostatni obraz z serii „Open Heart”, zatytułowany „My Lucky Charms”. Widać na nim pięć białych serc, które reprezentują konkretnych, bliskich mi ludzi. Pod każdym sercem ukryty jest tekst zawierający moje podziękowanie za odgrywanie ważnej roli w moim życiu. Zdarza się, że odbiór moich prac mnie zaskakuje. Jak już wspominałam, symbolika prac często nie jest jednoznaczna, więc byłam kilkakrotnie pod wielkim wrażeniem, kiedy ktoś zinterpretował mój obraz tak, jak gdyby czytał moje myśli. Zdarzyło się również i tak, że ktoś, dając komentarz do mojej pracy, uświadomił mi prawdziwe jej znaczenie. Zrozumiałam, że była ona ekspresją czegoś, co tkwiło w mojej podświadomości, z czego nie zdawałam sobie sprawy.
– Czy architektoniczne wykształcenie rzutuje na pani spojrzenie na kompozycję?
– Studia architektoniczne miały ogromny wpływ na to, co robię. Dały mi solidne przygotowanie z rysunku, który uczy zrozumienia formy. Kreska do dziś jest jednym z moich ulubionych środków wyrazu. Zostało we mnie zaszczepione „architektoniczne” podejście do kompozycji, które polega na określaniu wnętrza oraz obserwowaniu struktury. Zainteresowanie łączeniem malarstwa z użyciem papieru również w pewnym stopniu zawdzięczam temu kierunkowi studiów. Wiele ćwiczeń bazowało na formowaniu struktur z papieru lub na budowaniu modeli. Już wtedy zafascynowało mnie piękno tego materiału oraz różnorodność sposobów, w jakie można go używać.
– Potrzeba artystycznego rozwoju przyszła do pani w Polsce czy już w Stanach. Jak wyglądały te pierwsze lata?
– Pierwsze lata w Stanach to była głównie nauka języka oraz praktycznego zawodu CAD technician. Wtedy również wzięłam kilka kursów artystycznych w Harper College oraz w Oakton. O rozwijaniu kariery artystycznej zaczęłam poważnie myśleć dopiero ok. roku 2001, kiedy to moje dzieci zaczęły spędzać więcej czasu w szkole. Początkowo pokazywałam swoje prace na tzw. art fairs. Standardowy namiot wystawowy 10’x10’ stał się moją przenośną galerią. Zaczęłam poznawać środowisko artystyczne. Uderzyło mnie, że tu, w Stanach, jest ono o wiele mniej hermetyczne, bardziej przyjazne dla początkujących twórców niż w Polsce.
– Pomogło polonijne środowisko w Chicago?
– Jeśli chodzi o artystyczne środowisko polonijne, to w czasie, kiedy zaczęłam się tym interesować, nie było żadnej organizacji zrzeszającej polskich artystów. Mieliśmy piękną organizację ze stuletnią tradycją: Polish Arts Club of Chicago, założoną w 1926 roku, ale zrzeszała ona polskich patriotów, którzy chcieli popierać inicjatywy wzbogacające życie kulturalne Polonii, a rzadko byli sami artystami. I oto w 2007 roku kilkoro artystów założyło grupę ArtPo. Mogli do niej należeć polonijni artyści profesjonalni oraz amatorzy. Przyłączyłam się do nich już na drugim czy trzecim spotkaniu, a po jakimś czasie przejęłam prowadzenie. Przez ponad 10 lat wspólnie organizowaliśmy wspaniałe wystawy, plenery, wyjścia do muzeów, szkolenia. Inspirowaliśmy Polonusów do tworzenia oraz przybliżaliśmy naszą działalność widzom. Jestem przekonana, że niejedna osoba czytająca ten artykuł zetknęła się z naszą działalnością. Tuż przed pandemią zrezygnowałam z roli organizatora, żeby intensywniej poświęcić się własnej pracy twórczej. Zaowocowało to udaną wystawą solo „Uplifting” w galerii Dwell Studio.
– Wróćmy więc do pani twórczości. Co chciałaby pani, żeby widzowie odebrali z pani prac?
– Przede wszystkim chciałabym, żeby widzowie nie spieszyli się podczas oglądania, żeby dali pracom szansę na rozmowę z nimi. Proces odbierania emocjonalnego oraz świadomego analizowania wymaga czasu. Oczywiście najwięcej radości dają mi sytuacje, kiedy moja praca „przemówi” do widza, poruszy go i zachwyci. A moje prace mówią o tym, że świat jest energią, my jesteśmy energią. Nic nie jest stałe, wszystko wciąż ulega przemianom. Jesteśmy połączeni ze sobą i z przyrodą tysiącami niewidocznych zależności i relacji. Wszystko, co przeżywamy, buduje nas. Nawet złe doświadczenia mogą być początkiem dobrych przemian. Nie żyjmy na autopilocie, przyglądajmy się światu.
Rozmawiała Marta J. Rawicz