Nowojorska Polonia nie panikuje z powodu epidemii

2020-04-06 18:08 Anna Salamon

Koronawirus, który zbiera śmiertelne żniwo na świecie, brutalnie uderzył w Nowy Jork. Żyjący w metropolii Polacy, jak każdy w mieście, boją się o siebie i o bliskich, tych na miejscu w Stanach i za oceanem w Polsce. Mimo strachu starają się jednak zachować zdrowy rozsądek, przestrzegają zasad higieny, stosują się do zaleceń i zasad bezpieczeństwa.

– Sytuacja wygląda tak, że wszyscy się boimy wychodzić z domu, ja i mój mąż już nie pracujemy trzeci tydzień. Parę osób, które znamy, ma ten wirus – mówi nam Barbara Godek z Ozone Park na Queensie. Stwierdza, że stres potęgują wiadomości od władz miasta i z telewizji. – Mówią, że najgorsze może dopiero nastąpić... – mówi pani Barbara. Niepokoi ją sytuacja w szpitalach. – Ludzie, którzy chcą zrobić testy, czekają w bardzo dużych kolejkach, jeśli ktoś ma temperaturę, źle się czuje i pójdzie na emergency room, to odsyłają do domu, każą brać Tylenol i na tym się kończy. Musimy liczyć na siebie i swój zdrowy rozsądek. Stosujemy naturalne środki na wzmocnienie i bardzo uważamy na wszystko. Ostatnio zdezynfekowałam wszystko w domu 96-proc. spirytusem – relacjonuje Polka z Queensu. Przyznaje, że większość jej sąsiadów siedzi w domach, w tym również policjanci. Cieszy ją to, że w sklepach nie brakuje żywności.

Pandemii dzielnie stawiają czoła Sylwia Wadowiec i jej mąż Michał, którzy pracują w służbie zdrowia i wychowują dwóch synów. – Ja z chłopakami trzymamy się, ale Michał coś słabiej. Nie ma jednoznacznych symptomów, ma zatkany nos, ma temperaturę od kilku dni, osłabienie, kompletny brak smaku i węchu. Wczoraj nie poszedł do pracy w NYU, miał wideowizytę z pcp. W poniedziałek idzie na test, żeby wiedzieć, czy ma siedzieć w domu przez dwa tygodnie, czy też może wrócić do pracy, jak symptomy miną – mówi nam Sylwia Wadowiec.

Mieszkająca na Staten Island Polka od trzech tygodni, jak większość jej znajomych, pracuje zdalnie. Przyznaje, że obecna nowojorska rzeczywistość jest dość przytłaczająca. – W autobusie zwykle 4–5 osób. Miasto opustoszałe. Przedziwne uczucie… – mówi pani Sylwia. Z dziećmi nie ma problemu. Uczą się zdalnie. – Pilnujemy rutyny: przy komputerach od 9 am do 2 pm, Google Classroom, Zoom, Skype… Nauczyciele tłumaczą materiał, na żywo, przez slajdy, filmiki. Ja z nimi nie siedzę i nie muszę pomagać, sami ogarniają. NY Public Library udostępnia 300 tys. audio- i e-booków za darmo, więc codziennie czytają – dodaje Polka. – Media pokazują zwykle te najgorsze strony, a my staramy się nie panikować, jesteśmy po prostu superostrożni, nosimy maski i rękawiczki, odkażam dom co chwilę, unikamy bliskich kontaktów z ludźmi – dodaje.

Niektórzy wyjechali poza Nowy Jork. Wśród nich są Halina i Marian Sośniccy. – Pojechaliśmy do córki do Pensylwanii i zostaliśmy. Jest strach, bo trudno, żeby go nie było w obecnej sytuacji, ale trzeba w tym wszystkim zachować rozsądek. Bardzo się pilnować, ale też nie dać zwariować. Jesteśmy też przez cały czas w stałym kontakcie z rodziną w Polsce – mówi pani Halinka.

Polonia pomaga sobie wzajemnie. – Przez cały miniony tydzień byłem w domu. Najprawdopodobniej mam wirusa. Testy robią teraz tym, których zabierają do szpitala. Zachowuję ostrożność, siedzę w domu. Pomagają mi bardzo koledzy, m.in. Rafał, który robi mi zakupy i zostawia je ze względu na ostrożność pod drzwiami – mówi Marek z Ozone Park.

O zdrowie swoich uczniów i nauczycieli zadbały też polonijne szkoły. Niemal wszystkie zdecydowały się na zdalne nauczanie. Większość, m.in. Polska Szkoła Dokształcająca im. Zbigniewa Herberta w Copiague czy Polska Szkoła Dokształcająca im. gen. Kazimierza Pułaskiego na Brooklynie, postępy swoich podopiecznych relacjonuje w mediach społecznościowych.

Najnowsze