Mariusz Wach po wygranej z Tye Fieldsem: Kolejny mały kroczek w kierunku walki o pas mistrza świata WYWIAD

2012-03-25 20:01

W głównej walce wieczoru gali „New Heavyweight Generation” w Atlantic City Mariusz Wach (27-0, 15 KO) pokonał przez techniczny nokaut w szóstej rundzie Tye Fieldsa (49-5, 44 KO) i obronił tytuł WBC International w wadze ciężkiej. Jak mówi 32-letni pięściarz grupy Global Boxing Promotions, sobotnia wygrana nie była milowym krokiem w jego karierze, jednak bez wątpienia przybliżyła go do pojedynku o mistrzostwo świata.

- To było dla ciebie zaledwie sześć rund czy aż sześć rund? Jesteś z siebie zadowolony?

Mariusz Wach: Średnio na jeża (śmiech). Moja lewa ręka nie pracowała dzisiaj tak jak powinna. W walce trzymałem się taktyki opracowanej z trenerem podczas przygotowań. Miałem go męczyć i nie dać się trafić w pierwszych rundach. Wiedziałem, że jeśli nie naruszy mnie w pierwszych czterech, to później będę dominował. Rozkręcałem się z rundy na rundę, a pod koniec piątej poczułem, że jest mój. Wtedy zabrakło troszeczkę czasu, ale wiedziałem, że szósta odsłona będzie należała tylko do mnie. Fields bił naprawdę mocno. Parę ciężkich ciosów przyjąłem na gardę, ale nawet wtedy czułem, że te uderzenia mnie przesuwają.

- Mówisz, że odczuwałeś jego uderzenia, ale wielkiego wrażenia na tobie jednak nie zrobiły?

MW: Tak, bo nie przyjąłem ich wiele. Dużo balansowałem ciałem, unikałem tych uderzeń, bawiłem się w ringu. Czasem trzeba było przyjąć cios na rękawice lub czoło, ale nie bałem się tego. Taki jest boks. Nie ma walki, w której rywal w ogóle cię nie trafia. Zmęczyłem Fieldsa, zwyciężyłem – zrobiłem  to, co miałem zrobić. Powtórzę jeszcze raz, że wychodząc na ring nie koncentruję się, aby znokautować rywala w konkretnej rundzie. Moim jedynym celem zawsze jest wygrana.

- W USA zrobiłeś duży postęp, każdą walkę kończysz przed czasem. Jak walczy ci się z tak wysokimi bokserami jak Fields?

MW: Z dużymi bokserami walczy mi się bardzo dobrze. Nie muszę za nimi ganiać. Jeśli potrzeba stanąć naprzeciw takiego rywala, to się nie obawiam. Ja biję z lewej ręki, rywal oddaje. Niski pięściarz nie odpowiedziałby na taki cios, tylko by uciekał. Fields to twardy chłop. Chciał się bić, nie bał się wymian. Na tym polega ta zabawa. Na ring wychodzi dwóch facetów i o wygranej może decydować każdy cios.

- Wiem, że do walki byłeś świetnie przygotowany pod względem fizycznym. Jak było z psychiką?

MW: Mam świadomość, że treningi z moim sztabem szkoleniowym – trenerem Juanem De Leonem, Marcinem Machulą i innymi, nie idą na marne. Po trzech miesiącach ciężkich przygotowań wchodzę do ringu i walka jest dla mnie tak naprawdę zabawą, to mały pryszcz. Trenuję trzy razy dziennie i wylewam mnóstwo potu. Po treningach zdarza mi się rzygać. Jeśli chodzi o walkę, to bardziej stresuję się kibicami, którzy na mnie liczą, rzucają wszystko i przyjeżdżają na galę. Chcę przed nimi wypaść jak najlepiej. Do samego siebie zawsze będę miał pretensje, ale wobec kibiców chcę być fair. Płacą za bilety, chcą zobaczyć dobre widowisko – robię to dla nich.

- Jak długo będziesz odpoczywał?

MW: Tydzień, potem wracam na salę treningową i zaczynam od siłowni. Na razie nie będzie biegów i pracy nad techniką. Popracujemy z Marcinem nad oklejeniem mnie mięśniami, wzmocnieniem fizycznym. Po miesiącu przyjedzie mój trener i dopiero wtedy skupimy się nad innymi rzeczami.

- Czujesz, że siła twojego ciosu wzrasta?

MW: Tak, szczególnie podczas tarczowania lub uderzania w worek treningowy. Rękawica aż przykleja mi się do kości. Podobnie w walce – gdy wychodzi mi dobry cios, czuję czoło lub nos rywala. Nie wiem jak wygląda to z boku, ale czuję, że w Stanach robię postępy.

- Co dalej?

MW: Wspólnie z moim promotorem Mariuszem Kołodziejem koncentrowaliśmy się tylko na walce z Fieldsem, nie zastanawialiśmy się nad przyszłymi pojedynkami. Chodziło o to, abym w Atlantic City mógł wypaść jak najlepiej.

- W światowych rankingach pewnie znów awansujesz o parę oczek. Kogo z chęcią wyzwałbyś teraz na pojedynek?

MW: Ciężko powiedzieć, nie wiem kto jest w pierwszej dziesiątce (śmiech). Każda wygrana przybliża mnie do największych walk. Zwycięstwo nad Fieldsem też nie jest milowym krokiem. To raczej kolejny malutki kroczek, ale dzięki niemu o mam teraz o jeden mniej do pokonania. Nie mam pojęcia, z kim teraz powalczę. Nie będę ściemniał i wymieniał nazwisk.

Rozmawiał Marcin Filipowski

Najnowsze