NOWY JORK Newsy Kronika polonijna Co, gdzie, kiedy Dobre bo polskie Prawnik Radzi Sport polonijny
USA nowy jork newsy „Konsulat i Nowy Jork poradzi sobie beze mnie, ale jak ja sobie poradzę bez mojego ulubionego miejsca pracy? …” Opuszczam polskie serce w centrum Manhattanu

„Konsulat i Nowy Jork poradzi sobie beze mnie, ale jak ja sobie poradzę bez mojego ulubionego miejsca pracy? …” Opuszczam polskie serce w centrum Manhattanu

13.12.2014, godz. 03:00
Ewa Junczyk-Ziomecka
foto:

Po prawie pięciu latach, 22 grudnia, placówkę dyplomatyczną opuszcza Ewa Junczyk-Ziomecka, Konsul Generalna RP w Nowym Jorku. W przerwie między spotkaniami i…pakowaniem, pani konsul znalazła czas dla redakcji „Super Expressu”, aby powiedzieć, czego będzie jej brakowało i co udało jej się zrobić podczas swojej misji na placówce w Nowym Jorku.

Jak pani ocenia kończącą się misję?

- Pięć lat w życiu każdego człowieka to dużo. Dużo też w najnowszej historii Polski. W tym roku obchodzimy 25-lecie wolnej Rzeczypospolitej, a rolą placówki na obczyźnie jest między innymi informowanie o naszych osiągnięciach, zachęcanie instytucji naukowych, kulturalnych i biznesowych do bliższej współpracy, indywidualnych Amerykanów do odwiedzania Polski a Polonię do zacieśniania więzów ze starym krajem. To ogromne zadanie, wymagające pracy na okrągło, ale łatwe, gdy jest, za co chwalić Polaków. Mam wrażenie, że placówka, którą kieruję dobrze się spisała, o czym świadczy ogromna lista naszych kontaktów i wypełnione publicznością salony na wydarzeniach, organizowanych przez Konsulat. A także brak skarg od naszych interesantów.

Największy sukces?

- Nasza praca to nie tylko dyplomacja publiczna, o której wspominałam przed chwilą, ale także urząd, obsługujący Polaków i Amerykanów polskiego pochodzenia. Jestem bardzo zadowolona z usprawnienia obsługi naszych interesantów, na co zasadniczy wpływ miało wprowadzenie E-konsulatu i likwidacja kolejek przed konsulatem. Byliśmy pierwszą polską placówką w Stanach, która wprowadziła tę nowoczesną formułę zapisów na załatwianie spraw w dniu i o godzinie, dogodnej dla naszych klientów. Dzięki temu nikt już nie stoi pod drzwiami urzędu w deszczu, na mrozie czy w upalnym słońcu. W tym miejscu dziękuję również „Super Expressowi”, który na początku wprowadzenia nowej procedury pomagał nam rejestrować osoby, które nie posiadały dostępu do komputera.

Czy udało się pani wprowadzić jeszcze jakieś udogodnienia dla polskich obywateli korzystających z usług konsulatu?

- Zapewne zabrzmi to trywialnie, ale cieszę się z…łazienki. Po wprowadzeniu rygorystycznych przepisów o bezpieczeństwie interesanci zostali – że się tak wyrażę – odcięci od toalet, które mieszczą się w innej części budynku niż sala dla klientów placówki. W związku z tym wysyłaliśmy ich do sąsiadujących z nami restauracji na Madison Avenue.  No przecież tak nie mogło być, a możliwości mieliśmy ograniczone, gdyż w zabytkowym budynku konsulatu nie można przeprowadzać żadnych prac budowlanych bez zgody miejskiego konserwatora, na co mieliśmy małe szanse. Znaleźliśmy jednak sposób i nasi interesanci mają do dyspozycji elegancką toaletę w pomieszczeniu, gdzie przychodzą w sprawach urzędowych.

A czy klienci konsulatu doceniają to, co dla nich robi polska placówka?

- Sadząc po ankiecie, która przeprowadziliśmy wydaje się, że tak. Odpowiedzi były w stu procentach pozytywne. Dobrze by było, gdybyśmy jeszcze kawę serwowali, jak napisał żartobliwie jeden z interesantów. Mam też wrażenie, że konsulat nie jest tylko urzędem, ale stał się w ostatnich latach gościnnym polskim domem. Wzruszył mnie jeden z naszych gości, który powiedział: „z tego pięknego budynku zrobiła pani nasz dom, w którym czujemy się jak w rodzinie.” Nie można dostać lepszego komplementu, prawda? Konsulat to polskie serce w centrum Manhattanu, do którego przychodzą spędzić wieczór przedstawiciele różnych środowisk, nie tylko tych, którzy mają związki z Polską, ale także ci, dla których wydarzenie organizowane na placówce jest pierwszym kontaktem z Polską.  Taki był mój cel, jako kierownika placówki: konsulat w Nowym Jorku ma łączyć ludzi i wydaje mi się, że tak się dzieje.

Ciężko będzie się pani rozstać z Nowym Jorkiem?

- Z Nowym Jorkiem tak, oczywiście, ale przede wszystkim będzie mi brakowało ludzi, których tu poznałam i z którymi współpracowałam podczas sprawowania mojej funkcji. Z wieloma osobami zaprzyjaźniłam się, a od niektórych dużo się nauczyłam. Bliscy są mi działacze Fundacji Uśmiech Dziecka, Fundacji Kościuszkowskiej, Fundacji Edukacyjnej Jana Karskiego, nauczyciele i dyrektorzy szkól polonijnych z Centrali Polskich Szkół Dokształcających, nasi kochani weterani, młodzież z Pangea Alience czy Holocaust Survivors, rodem z Polski. Poznałam tu fascynujących ludzi o niezwykłych życiorysach.   Niektórzy przeszli przez piekło podczas II Wojny Światowej i najpierw nie mogli a potem nie chcieli ani jeździć ani nawet słyszeć o Polsce. Dziś zgłaszają się do konsulatu o potwierdzenie, przywrócenie lub nadanie polskiego obywatelstwa. Kiedy zaczynałam pracę tutaj przychodziło w tej sprawie kilkadziesiąt osób rocznie, teraz, gdy kończę swoją misję dyplomatyczną, takich wniosków mamy kilkaset. Nie tylko od osób starszych, którzy urodzili się w Polsce przed wojna, ale wnioskują o polskie obywatelstwa także ich dzieci i wnuki, urodzone w Stanach Zjednoczonych. Można sądzić, że kierują się praktycznymi względami, ponieważ polski paszport to dziś paszport Unii Europejskiej, ale ja znam tych ludzi i wiem, że motywy są także sentymentalne a ponadto poczucie związku ze starym krajem, które chcą zaszczepić swoim dzieciom, mając nadzieje, że zwiążą ich z miejscem pochodzenia rodziców czy dziadków.

Wróćmy teraz do Polonii, jak pani ją postrzega? Czy na przestrzeni lat zmieniła się polska imigracja?

- Coraz mniej Polaków przyjeżdża do Stanów za przysłowiowym chlebem, a coraz więcej na studia czy w celach turystycznych, a nawet na zakupy. W naszym nowojorskim okręgu konsularnym można zaobserwować inny problem, który mnie bardzo niepokoi. Ci, którzy przyjeżdżali w latach 80. a nawet 90. i do dziś nie ustabilizowali swojego statusu prawnego w Stanach Zjednoczonych zestarzeli się i zaczynają chorować. Przyjechali, by swoją pracą tutaj pomagać rodzinie w kraju. Zarabiali, wysyłali dolary, które miały inną wartość kiedyś niż mają teraz, ale potem pracę stracili. Dziś nie mają ani pracy ani ubezpieczenia ani zalegalizowanego pobytu. Spotykam ich na corocznej wigilii, którą Konsulat współorganizuje dla bezdomnych. Przychodzą do nas wznowić paszport, ale nie mają pieniędzy na urzędowe opłaty, proszą o drobne na wykup lekarstwa, a czasami także na jedzenie. Potrzebują pilnie wsparcia polskich parafii i organizacji polonijnych. Idzie przecież zima. Pomaga im wspaniała Erica Volker, ale sama nie da rady. Nie można tych ludzi zostawić na łasce przytułków. Jak tylko mam okazję, to zachęcam ich do powrotu do Polski, ale często bywa tak, że oni nie mają do kogo i do czego wracać.

Często bywała pani gościem na polonijnych balach, co pani najbardziej w nich lubiła?

- Uwielbiam tańczyć, a zwłaszcza poloneza, do którego mam specjalne białe rękawiczki. A bale polonijne Fundacji Kościuszkowskiej czy Bratniej Pomocy zawsze rozpoczyna polonez.   Panie pojawiają się w pięknych długich sukniach, panowie „pod muchą” i wszyscy, niezależnie od wieku tańczą. Mnie nauczył tata, dzięki niemu potrafię zatańczyć walca, fokstrota oraz tango. W Polsce balowe tradycje także wracają, ale nie taką skalę jak wśród Polonii.

Kiedy wylatuje pani do Polski?

- 22 grudnia. Tak, więc na moje imieniny i Wigilię będę już w Warszawie. Teraz cieszę się przedświątecznym nowojorskim klimatem. Uwielbiam Manhattan z ogromną choinką w Rockefeller Center, świątecznymi wystawami w Lord&Taylor i Macy’s, przebranych za mikołajów wolontariuszy z Salvation Army, którzy potrząsają dzwonkami i proszę o wsparcie „For the needy”.  Przedświąteczny okres w Nowym Jorku jest magicznym czasem. Żal wyjeżdżać, ale jadę na święta do domu, gdzie czekają na mnie najbliżsi – mama, siostra, córka z rodziną i syn. Razem spędzimy Boże Narodzenie i będziemy delektować się pięknymi dekoracjami świątecznymi, jakie są już na Nowym Świecie i w Alejach Ujazdowskich w moim rodzinnym mieście, Warszawie.

Czym będzie się pani zajmować po powrocie do Polski?

- Jestem pracoholiczką, wiec nie tylko chcę i lubię, ale ja musze pracować. Wykorzystam wiedzę i doświadczenie, które zdobyłam w Nowym Jorku. Będę pracowała nad jednym z projektów, który w Nowym Jorku zaczęliśmy realizować, ale jeszcze nie mogę zdradzić szczegółów.

Wpadnie pani z wizytą do metropolii?

- Myślę, że będę wykorzystywała wszystkie pojawiające się ku temu okazje. A tak poważnie to prawdopodobnie już w kwietniu przyszłego roku. Jednym z moich ulubionych miejsc w Nowym Jorku jest Lincoln Center a zwłaszcza Metropolitan Opera, ale przez ostatnie pięć lat nie wystawiali tam mojej  ulubionej opery - CavalleriaRusticana/Pagliacci. Natomiast w tym sezonie wreszcie jest w programie. Jeśli uda mi się przylecieć, to oczywiście pierwsze kroki skieruję do Konsulatu, który zostawiam w dobrych rękach. Moja następczyni, pani Urszula Gacek, która już jest w Nowym Jorku, wydaje się jak najbardziej stworzona do pełnienia funkcji Konsula Generalnego w tak trudnej, ale fascynującej placówce.  Dziękując Państwu za współpracę życzę mojej następczyni a także wszystkim Czytelnikom „Super Expressu” Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku.


Rozmawiała Agnieszka Granatowska

autor: Agnieszka Granatowska zobacz inne artykuły tego autora
REDAKCJA SE.PL POLECA
Znajdź nas: